Wywiad z Marianą Leky

Książniczki
15 kwietnia 2021

"Sen o okapi", czyli niemieckie "Dzieci z Bullerbyn"

"Wiem, że teraz powinno się pisać, że wszystko przepada. I mogłam napisać tę historię inaczej. I kiedy byłam młodsza bliska mi była taka narracja. Mogłam zostawić otwarte zakończenie powieści i nie określać się jasno po niczyjej stronie. Mogłam nie przedstawiać wielkiej miłości, która dobrze się kończy. Ale im jestem starsza, tym bardziej sobie uświadamiałam, że takie pisanie jednak mi przeszkadza i mnie nudzi. Nie wnosi niczego nowego."

Książniczki: Okapi jest zwierzęciem, które nie zostało odlane od jednej formy. Poszczególne elementy nie pasują do siebie, jednak razem tworzą mieszankę, która, choć dziwna, dziwnie są ze sobą spójne. Czy z takich elementów składa się też Twoja książka?

Mariana Leky: Dokładnie tak jest. Zawsze lubiłam okapi właśnie dlatego, że miałam wrażenie, że wygląda tak, jakby komuś się to zwierzę przyśniło. W jakiś sposób jest nierzeczywiste, wręcz nie do pomyślenia. Wygląda, jakby to było jedno zwierzę zmajstrowane z kilku innych. Z tego powodu wybrałam je jako zwierzę – przewodnika dla mojej książki. W historii, którą opisuję również wiele elementów do siebie nie pasuje - weźmy na przykład Buddystę i nadreński Westerwald. Na początku trudno te dwie rzeczy ze sobą połączyć w myślach. Ale okazuje się, że to też jest możliwe. Nawet nie bardzo trudne.

Jeden z Twoich bohaterów, Optyk, wymyśla nawet grę, w której łączy się ze sobą w logiczne pary rzeczy, które zupełnie do siebie nie powinny pasować.

Dlatego właśnie okapi pasuje do tego świata idealnie!

To zapytam jaka była kolejność. Czy najpierw zachwyciło Cię okapi, czy najpierw była historia poskładana z niepasujących elementów?

Muszę się chwilę nad tym zastanowić. Okapi znałam od dziecka. Często prosiłam rodziców, żebyśmy poszli do zoo w Kolonii, z której pochodzę, żeby zobaczyć okapi. A potem napisałam tę historię i wtedy znów przypomniałam sobie o okapi. Pomyślałam, że to jest moment, w którym mogę wreszcie połączyć moją historię ze zwierzęciem, które fascynowało mnie od dziecka. Okapi zawsze było blisko, ale zorientowałam się o tym, dopiero, kiedy powstawała książka.

Okapi nie zapowiada jednak niczego dobrego. Kiedy Selma śni o okapi, w ciągu 24 godzin ktoś zazwyczaj umiera. W Twojej książce śmierć jest blisko wszystkiego, nawet miłości. I choć napisałaś tę historię na długo przed pandemią i książka od lat jest popularna w Niemczech, w Polsce dopiero teraz możemy ją przeczytać. I to z nowej perspektywy.

Książka faktycznie ukazała się w Niemczech w 2017 roku, kiedy jeszcze zupełnie nie przeczuwaliśmy nawet możliwości pandemii. Wiedliśmy zupełnie inne życie. Chciałam wtedy napisać historię o kobiecie, która boi się miłości równie mocno, jak boi się śmierci. Ten strach też może się komuś wydawać dziwnym połączeniem. Ale ta kobieta w dzieciństwie przeżyła coś takiego, co przetrąciło jej postrzeganie świata. Sprawiło, że pomyliła miłość ze śmiercią. A może miłość wydawała jej się równie niebezpieczna? Między miłością i śmiercią mogą istnieć logiczne połączenia, Optyk by je pewnie umiał łatwo znaleźć i nazwać. Na miłość i śmierć nie da się przygotować, nie ma przed nimi prób. Być może przytrafiają nam się tylko raz w życiu. Miałam więc miłość i śmierć, a potem pojawiła się Luiza. A na końcu jej babcia.

Zatrzymajmy się przy niej. Selma – babcia Luizy – jest postacią, która porządkuje świat. Jest opoką i trwa przy swojej wnuczce. Matka ma swoje problemy, ojciec czuje zew podróży. Ale na babcię zawsze można liczyć. Skąd ta figura babci?

Sama miałam bardzo bliskie relacje z moimi babciami. Jedna z nich była nauczycielką, a druga dentystką. Obie były nietuzinkowe. Żadna z nich nie była jednak Selmą. Nie obdarowałam Selmy ich cechami, choć może wspólne z nimi ma złośliwe poczucie humoru. Luiza nie ma przy sobie rodziców, bo chciałam jej utrudnić życie. Chciałam, żeby jej zagubienie potęgowało się – żeby czuła się niepewnie, podczas gdy rodzice wciąż byli zajęci własnymi sprawami. Nie było ich koło niej nawet w najtragiczniejszych momentach jej dzieciństwa. Była za to Selma i Optyk. To oni uratowali Luizę. Ale tu też muszę powiedzieć, że chyba ci rodzice wcale mnie aż tak bardzo nie interesowali. Chciałam opowiedzieć historię dzieci i starych ludzi. Optyk nie mógłby mieć tak dużego wpływu na Luizę, gdyby jej rodzice zajmowali się nią tak, jak powinni.

Myślisz, że jest w nas tęsknota za starymi ludźmi, którzy mają czas i mogą podzielić się swoją mądrością z wnukami?

We mnie ta tęsknota jest na pewno. Za ludźmi, którzy przeżyli już wystarczająco dużo, żeby nie dać się wyprowadzić łatwo z równowagi. Jak duże, sękate drzewo. I to jest dziecku potrzebne. Dlatego Luiza ma przy sobie dobrych, starych ludzi, którzy sprawiają, że dziewczynka może zaznać trochę spokoju i ukojenia.

W Twojej książce jest dużo napięć. Na przykład między chęcią do podróżowania, a potrzebą pozostania w miejscu urodzenia. W dodatku każda droga wydaje się tak samo dobra. Właściwie nie wiem, czy chodzi Ci o wybór, czy o konsekwencje tego, co się wybrało i przy czym się trwa.

Jak ładnie! Mogłabym to zamieścić na okładce książki, jako podsumowanie „Snu o okapi”.

Dziś ta chęć do podróżowania została nam zresztą w dużej mierze odebrana.

Zostawanie też się zmieniło. W książce można „dobrze” zostać. Dla Selmy ważne jest samo bycie. Luiza nie musi podróżować, bo to co ważne i tak się przydarzy. Dzięki Buddyście w małej wsi pojawia się kultura japońska. Świat przychodzi do niej. Z kolei ojciec ma w sobie potrzebę podróży. Wydaje mu się, że to co ważne odnajdzie tylko daleko od domu. Ale nic nie jest w stanie złagodzić jego niepokoju. Teraz otwarcie na świat zostało udaremnione niemal na wszystkich płaszczyznach. Wszyscy są odseparowani w swoich małych kapsułkach. Zamknięci na innych. Na dłuższą metę jest to okropne.

Jak sobie z tym radzisz?

Bardzo dużo czytam. Więcej niż kiedykolwiek. Są też inne sposoby. Znajoma opowiadała mi, że jej mama, która jest staruszką i nie ma możliwości odłożenia podróży na „za dwa lata”, wszędzie w domu porozwieszała sobie pocztówki. Teraz ogląda sobie świat na widokówkach i mapach. Bardzo to jest smutny obrazek i bardzo poetycki.

Prasa pisała o „Śnie o okapi” jako o „niemieckich dzieciach z Bullerbyn”. Najpierw mi powiedz, co to za miejsce i czy istnieje naprawdę?

Miejsce jest wymyślone. Ale kiedyś mieliśmy z rodzicami domek w górach, w Westerwaldzie. Myślałam o nim pisząc, ale wioskę wymyśliłam. Chciałam, żeby była malutka, ale żeby działo się w niej dużo świata. Wszystkie ważne tematy wydarzają się w tym małym kosmosie.

Również czas wydaje się u Ciebie płynąć inaczej, wolniej. Dlaczego tak jest?

Czas płynie wolniej, bo chciałam koniecznie wrócić do świata, w którym pisze się listy. Gdzie listy i telefon są jedyną formą komunikacji. Było dla mnie niezmiernie ciekawie przypominać sobie o tym, jak to było, kiedy nie było maili i żadnej możliwości przyspieszenia kontaktu. Szczególnie ważne było to dla mnie przy opowiadaniu historii miłosnej. Listy się spóźniają i nie wiadomo, czy to, co on pisał, jeszcze się zgadza. Minęło przecież już od tego czasu osiem dni!

Chciałam utrudnić komunikację, a było to możliwe tylko wtedy, kiedy zabierze się ludziom telefony komórkowe i skrzynkę mailową. Dlatego upchnęłam bohaterów w latach ’80, gdzie wszystko było wolniejsze.

Historia miłosna też rozwija się w Twojej książce bardzo powoli. Czy prawdziwa miłość potrzebuje tyle czasu?

Tak, wszystko jest u mnie powolne. W książce musi tak być, ponieważ właśnie tyle czasu potrzebują bohaterowie. To straszne, co powiem, ponieważ zabrzmię jak pastor, ale miłość wymaga często dużej odwagi. I dopóki tych dwoje odnajdą się sami ze sobą, a potem ze swoją miłością, musi upłynąć dużo czasu. Poza tym, wydaje mi się, że miłość potrzebuje dużo czasu, żeby wzrastać. I ta miłość rośnie w czasie i przestrzeni. Mam wrażenie, że czas jest również potrzebny, żeby lepiej zobaczyć niektóre rzeczy. Właściwie o patrzenie tu chodzi. Stąd Optyk. Stąd gra, w którą grają Luiza z Martinem jako dzieci, kiedy jedno zamyka oczy i wymienia, co by zobaczyło, gdyby patrzyło, a drugie sprawdza, co widzi. Wydaje mi się też, że moi bohaterowie często nawet lepiej mogą wszystko zobaczyć, kiedy się nie widzą. Listy, które do siebie piszą są o wiele bardziej intymne niż ich pierwsze spotkania.

Buddyzm wkracza do Twojej wioski i nagle okazuje się, że choć nikt go nie znał, to wszyscy są ciekawi. Selma odnajduje w sobie buddyjskie cechy, Optyk czyta filozoficzne pisma. Wszyscy są otwarci na to, co się pojawia.

Myślę, że stąd porównania do „Dzieci z Bullerbyn”. Wszyscy podchodzą do mnicha z otwartymi głowami i nie zadają zbędnych pytań. Robią tak dlatego, że kochają Luizę. To ona jest dla nich ważna, a skoro zakochała się w buddyjskim mnichu, to i oni muszą postarać się go zrozumieć.


Piszesz książki i słuchowiska. Prowadzisz również kursy kreatywnego pisania w więzieniu.

Niestety, chwilowo nie pracuję w więzieniu, ponieważ w czasie pandemii nikomu prawie nie wolno tam wchodzić, co jest zresztą zrozumiałe. Ale mam nadzieję, że szybko tam wrócę, bo zajęcia z pisania z więźniami sprawiają mi ogromną frajdę. Może łączy się to też z tym, że mój tata był psychologiem więziennym i kiedy więźniowie wychodzili na przepustkę albo byli zwalniani z więzienia, to zanim stanęli na nogi, przez jakiś czas mieszkali u nas. Wyrastałam wśród nich. I może to zabrzmi dziwnie, ale w więzieniu czuję się jak w domu. Od sześciu lat prowadzę kursy kreatywnego pisania z więźniami. Czasem są to oszuści podatkowi, czasem złodzieje, trafiają do mnie też mordercy. Cieszę się z tej wymiany. Więźniowie mają przy pisaniu bardzo mało zahamowań. W odróżnieniu ode mnie. Ja zawsze się zastanawiam, czy to jest dobre, co napisałam. A oni po prostu piszą! I mogą na nowo się odnaleźć na papierze. Bo bardzo często piszą o sobie. I to lepiej niż można się spodziewać.

A co lubią pisać Twoi kursanci?

Często wiersze dla dziewczyny, ale zdarzają się też powieści. Trafiają mi się tacy, którzy siadają w kąciku i piszą, piszą i piszą. Spisują ręcznie całą historię swojego życia. Lubią też bardzo zadania psychologiczne.

Na przykład jakie?

Na przykład kiedy mają opisać siebie jako dom. Gdzie jest piwnica? I czy to chatka, czy pałac? Jakie ma pokoje i okna? Są bardzo otwarci na wszelkiego rodzaju zadania. I odważni w szukaniu własnego języka. Tej odwagi ja uczę się od nich. I dlatego mogłam odważyć się napisać „Sen o okapi”.

O tę odwagę też chciałam Cię zapytać. Zarzuca się Tobie, że Twoje pisanie ociera się o kicz. Nie jest kiczem, ale jest blisko granicy. Tu znowu wracamy do „Bullerbyn”, bo piszesz o świecie, który jest po prostu dobry. A tak się teraz nie pisze.

Szybko można wpaść w pułapkę i zostać zaszufladkowaną jako kiczowatą. Wiem, że teraz powinno się pisać, że wszystko przepada. I mogłam napisać tę historię inaczej. I kiedy byłam młodsza bliska mi była taka narracja. Mogłam zostawić otwarte zakończenie powieści i nie określać się jasno po niczyjej stronie. Mogłam nie przedstawiać wielkiej miłości, która dobrze się kończy. Ale im jestem starsza, tym bardziej sobie uświadamiałam, że takie pisanie jednak mi przeszkadza i mnie nudzi. Nie wnosi niczego nowego. W mojej powieści dzieją się też straszne rzeczy. To nie jest świat, który jest tylko pięknym i dobrym przyjęciem urodzinowym. Umiera dziecko, czyli dzieje się najgorsza rzecz, której można się spodziewać. Ważne jest jednak to, jak świat odpowiada na tę tragedię. Świat ma swoją własną, alternatywną odpowiedź, która jest pełna miłości. Moi bohaterowie starają się, żeby świat był przyjaznym miejscem. To było dla mnie bardzo ważne. Żeby odpowiadać na okrucieństwa tego świata inaczej.

I ostatnie moje pytanie – o Alaskę. Pies, który ma wiele żyć i może chronić swoich ludzi bez końca? Kim właściwie jest Alaska?

Bardzo lubię zamieszczać w moich książkach elementy nierzeczywiste, wręcz magiczne. I nikt się w nie dziwi. Alaska jest takim psem. To niemożliwe, żeby pies żył ponad 50 lat. Ale tak właśnie jest w książce. Nie ma na świecie niczego wiecznego. I dlatego wydało mi się dobrym pomysłem, żeby jednak umieścić w powieści wiecznego psa. Bo dlaczego nie?

Kiedy Luiza kłamie spadają rzeczy.

To też nie mogłoby się wydarzyć. A jednak się dzieje. I to lubię w literaturze najbardziej, że nikt nie może powiedzieć, że coś nie mogłoby się wydarzyć. Przecież to fikcja.

Mariana Leky, Sen o okapi, tłum. Agnieszka Walczy