Gwarancja na jogę

Książniczki
1 grudnia 2021

Rozmowa z Kasią Bem, joginką i autorką książki „Happy life. Sztuka odpuszczania”

Widziałam kiedyś dokument „Powitanie słońca”, opowiadał o osobach, które doświadczyły w życiu zmiany dzięki praktyce jogi m.in. osadzonych w więzieniu San Quentin w Kalifornii. Więźniowie skazani za bardzo poważne przestępstwa brali udział w zajęciach jogi i to ich odmieniło, poczuli spokój teoretycznie niemożliwy w takim miejscu.

Joga w moim życiu też pojawiła się w bardzo trudnym momencie. Byłam wtedy w specyficznym więzieniu. Bardzo się zamknęłam w swoim doświadczaniu depresji. Było to dla mnie doświadczenie traumatyczne. Młoda osoba nie spodziewa się tego, że życie ją zatrzyma. Nie wiedziałam, co się stało, gdy przez trzy tygodnie nie mogłam wstać z łóżka. Czułam pustkę, miałam poczucie, że zawiodłam. Było pięknie i nagle wypadłam z tego pięknego świata. Ze świata, gdzie wszyscy się uśmiechają, odnoszą sukcesy, gdzie ciągle dowozisz.

Byłam bezradna i zrozpaczona, a 20 lat temu temat depresja była wstydliwym tematem. Wydawało mi się, że coś jest ze mną nie tak. Dziś widzę to w ten sposób, że to ze światem jest coś nie tak. Wtedy pojawiła się joga. Raz w tygodniu. I tak jak dla tych więźniów, to było jakieś słońce w moim życiu.

Opowiedz więcej o tym słońcu. Jak je rozumiesz?

Joga rozpala w nas wewnętrzne światło. Pojawia się nowy rodzaj nadziei na to, że można wszystko odbudować. Przekierowuje źródło mocy do środka. Z poczucia braku mocy nagle zaczynamy się orientować, że światło jest w nas! Że sprawczość jest w nas. Byłam osobą rozsypaną na milion kawałków i każda sesja jogi mnie składała. Chciałam jej więcej, bo po każdej sesji czułam się lepiej, więc co raz więcej praktykowałam, aż doszłam do momentów, że czułam się dobrze sama ze sobą codziennie. Mniej było destrukcyjnych myśli, poprawiła mi się samoocena, łatwiej było mi pokonywać trudności i radzić sobie z emocjami. Myślę, że coś takiego też pojawiało się wśród tych więźniów. Dostrzegli ten odmienny stan psychofizyczny i zobaczyli nadzieję.

Ten film nakręcił mężczyzna, który sam doświadczył zbawiennych efektów jogi. Ciekawa jest ta potrzeba dzielenia się tym dobrem. Mówisz o depresji, z której joga pomogła Ci wyjść. Widzę wspólny mianownik, gdy joga tak bardzo nam pomaga, chcemy się nią dzielić i dać możliwość innym, by jej doświadczyli. Sama też tak mam.

Jestem przekonana, że tak jest. I takich przykładów jest dużo więcej. Mnóstwo osób, które odnalazły drogę do siebie dzięki jodze, czują, że jest to niesamowity system, choć wydawałoby się, że bardzo skromny.

Na początku nie rozumiesz procesów, które w tobie zachodzą, ale widzisz efekty. Czujesz się lepiej. Z dnia na dzień odbudowujesz siebie. Chcesz się tym dzielić, bo to jest coś niesamowitego. Coś skromnego okazuje się czymś bardzo potężnym. Ja nazywam jogę prezentem dla świata. Terapeuci mają do zaproponowania trzy rzeczy na depresję: pigułki, elektrowstrząsy lub psychoterapię. Joga ma bardzo szeroki wachlarz narzędzi: asany, oddech, medytacje, zdrową dietę, relaksacje. Są naturalne i odbudowują Cię w sposób trwały. O ile zachcesz skorzystać.

Ja mam poczucie, że joga jest psychoterapią. Sama w praca w asanach buduje kontakt z ciałem. Zaczynamy je inaczej postrzegać, rozumiemy lepiej blokady ciała.

Ćwiczysz ashtangę – powtarzalną sekwencję, wiec masz takie neutralne tło, gdzie twój umysł jest zajęty powtarzaniem ruchów i podświadomość może wyrzucać pewne rzeczy. Dla osoby refleksyjnej może mieć to aspekt terapeutyczny. Ale pod warunkiem, że jest się obdarzonym refleksją, a nie jest się bezkrytycznym wobec siebie. Trzeba chcieć podjąć pracę, taką pracę.

Ja dzięki jodze bardzo wiele rzeczy zobaczyłam, ale były też momenty, że czułam, że już dalej nie pójdę sama. Wtedy korzystałam z pomocy terapeuty, kogoś kto za się na głębokich mechanizmach psychologicznych.

Joga jest drogą wglądu w siebie, ale możesz coś z tym zrobić, co się pojawia, a możesz też zamieść pod dywanik.

Pod matę.

Tak (śmiech).

Przed wywiadem zastanawiałam się, jak projektowałaś sobie swojego czytelnika? Czy książka jest odpowiedzią na potrzeby Twoich uczniów czy może skierowana jest do początkujących adeptów jogi?

Raczej dla osób, które są na początku drogi i jeszcze się nie zetknęły z tą wiedzą. Dla ciekawych, ale też onieśmielonych jogą czy medytacją. Z drugiej strony odnajdą tam też dużo treści osoby, które wydawałoby się, że "siedzą" w temacie. Wiemy, że na jodze jest bardzo dużo osób, które zatrzymały się na pracy z ciałem, a przecież jest dużo więcej do eksplorowania. Jest przeogromna filozofia jogi i praca z umysłem!

Dla tych, którzy już zagłębili się temat, książka może pomóc uporządkować wiedzę, przynieść rodzaj efektu „aha” lub rzucić inne światło na pewne zagadnienia, jak choćby oświecenie.

Oświecenie...Możesz to wyjaśnić?

Droga do oświecenia wiąże się z początkowym przekonaniem, że ono nie jest dla mnie. Raczej dla najwybitniejszych, dla wybrańców. Owocem mojej praktyki i spotkań z wieloma nauczycielami jest to - i tym dzielę się w książce - że oświecenie, czyli przebudzenie do życia jest możliwe poprzez obecność w chwili. Wydawało by się to bardzo proste, jak się o tym czyta, ale ja do tej prostoty dochodziłam 20 lat. Cały czas mi się wydawało, że oświecenie to nie w tym życiu. A teraz wiem i tego uczę, że przebudzenie jest dostępnego dla każdego. Podaję tę wiedzę na tacy, w prostej formie prawd, które są bardzo głębokie i na które trzeba poświęcić czas. „Księga Tao Te Ching” Lao Tzu, słynny traktat sprzed dwóch tysięcy lat mówi o tym, że czasem mądrość wydaje się za prosta, dlatego jej nie ufamy.

Czyli Twoja książka jest trochę ściągawką. Dochodziłaś do czegoś przez 20 lat, a teraz można przeczytać książkę i ta praca dokona się szybciej? Ale czy nie jest tak, że musimy przejść swoje zwątpienia.

Myślę, że na każdym etapie ta książka „wylustrzy”, pokaże coś innego czytelnikowi, podda coś pod rozwagę, da do myślenia. W pewnym sensie esencjonalność książki może nie być ułatwieniem, może być trudnością. Zbyt duży skrót tego mojego doświadczenie może sprawić, że ktoś stwierdzi, że tego nie rozumie.

Nie mam wątpliwości, że to jest droga. Dla większości z nas to jest bardzo długa droga. Są pewne indywidualne uwarunkowania, jednostkowe, że osoba jest gotowa, budzi się szybko, przyszła z tym. Wtedy możemy mówić o karmie, o jakimś uwarunkowaniu karmicznym. Większość z nas jednak tę drogę musi przejść, a to z kolei pogłębia i utrwala nasze zrozumienie.

Każdy z nas rodzi się czysty, z potencjałem przebudzenia, ale świat zewnętrzny nam to zaburza. Nasza dziecięca obecność w świecie bez żadnych iluzji zostaje przesłonięta. Przez rodziców, społeczeństwo, przez edukację, religię i media. Cała masa rzeczy jest nas nakładana.

W jodze mówi się o „odwarunkowaniu” jako obieraniu cebuli. Jesteśmy obklejeni tym, co jest nie nasze. Dorosłe życie jest dochodzeniem do odkrycia najprostszych wartości: spokoju, prostoty, obecności, byciu w chwili, docenianiu codziennych rytuałów. Musimy przejść długą drogę oczyszczenia się z tego, co zostało na nas ponaklejane. Dla większości z nas jest to długoletni proces. Czasem są rany, gdy zrywamy za dużo plastrów na raz - wtedy chorujemy, mamy lęki czy stany psychotyczne. To jest dość częste. Jesteśmy uwarunkowani na to, co nie nasze i organizm w ten sposób broni się przed nagłą zmianą. Gwałtownym krzykiem. A czasem jest tak, że zbyt dużo tego, co nie nasze nas uciska i organizm próbując się bronić popada w skraje stany.

To o czym mówisz to jest natura naszego umysłu, który tak samo przeszkadza nam w medytacji, jak w życiu. Przyzwyczajmy się do tego, co jest wokoło. Do pewnego rodzaju funkcjonowania i bierzemy to za jedyną rzeczywistość albo oczywistość.

Tak, w życiu najbardziej przeszkadza nam umysł. Narzędzia, o których piszę w książce i które nazywam „narzędziami mocy” mają pomóc nam widzieć jaśniej i okiełznać umysł. Mają być drogą, która od umysłu uwalnia.

Sposoby na to są w gruncie rzeczy dość proste, tylko niechętnie z nich korzystamy, bo wymagają systematyczności. Jako nauczycielka jogi, ale też jako osoba sama korzystająca z tych praktyk, wiem, że najbardziej pomogła mi w życiu codzienna medytacja.

To narzędzie jest bardzo proste. Masz siedzieć nieruchomo codziennie przez 5-20 minut. Najlepiej o stałej porze. To daje niesamowity wgląd w działanie umysłu. Widzisz produkcję myśli, emocje, poruszenia w tobie. Ciągle coś w tej głowie jest. Zasiadanie codzienne do medytacji nie spowoduje, że to ustanie. I nie o to chodzi. Te myśli nie ustają. Pusty umysł to jest stan, który się pojawia w momentach czystej obecności. Natomiast na co dzień nie medytujemy dla stanów pustki, tylko dla świadomości tego, jak umysł pracuje i co produkuje. A jest w nim bardzo dużo myśli i emocji. Szybko zaczynamy się orientować, że one są bardzo zmienne. Okazuje się, że bierzemy za prawdę narrację umysłu, a tak naprawdę to jest jakiś bełkot.

Mnisi nazywają to małpim umysłem, który trzeba opanować.

Dokładnie tak to się nazywa. Nawet małpą, którą ukąsił skorpion. Pijaną małpą, którą ukąsił skorpion. Jaki to jest umysł?! Szalony! Bez ładu i składu. Bełkoczący. Kiedy my to zobaczymy, kiedy nastąpi ta szczelina między świadomością, a umysłem wytwarzającym myśli, wtedy to jest nasza ogromna zdobycz. Nagle łapiesz, że że ja to nie mój umysł! Doświadczenie tego, że nie jesteś swoją emocją czy myślą, to moment absolutnie przełomowy! Od tego momentu zaczyna się wolność. Wolność od umysłu. To jest pierwszy krok w stronę świadomości i szczęśliwego życia.

Potem dążymy do tego, żeby to widzieć częściej. Widzieć stale. Życie przynosi nam okoliczności bardzo trudne, wystawia nas na próby. Czasem codzienna sytuacja: spóźnienie do pracy, kłótnia z mężem sprawia, że znowu umysł łapie nas w sidła. Ale jeżeli mamy wiedzę, jak umysł pracuje, umiemy szybko sobie z taką sytuacją poradzić, nawet poprzez zrobienie wdechu i wydechu. Robimy krok do tyłu wobec tego, co w danym momencie nami powoduje. Wobec myśli i emocji, które wpływają na nas w konkretny sposób – powodują stres i napięcie. Warto powiedzieć, że hormony stresu są dla nas na dłuższą metę zabójcze i powodują choroby. Im większą mamy wiedzę na temat tego, jak działa nasz umysł, co przynosi medytacja, jaka jest fizjologia stresu, tym większa robi się nasza motywacja, żeby siadać codziennie na poduszce medytacyjnej.

To my mamy kontrować nasz umysł, a nie umysł ma kontrować nas - to jest lekcja na całe życie. Często nie siadamy do medytacji, bo po kilku próbach czujemy się zniechęceni, że nie ma zmiany, nie ma wyniku.

Przyzwyczajeni jesteśmy do szybkich rezultatów, jak z pigułką na ból głowy - łykasz i po chwili masz efekt. Często nie potrafimy zaufać procesowi. Nie mamy świadomości, że nie chodzi o to, żeby po 30 sekundach głębokiego oddychania nas oświeciło. Wstępem do medytacja jest obserwacja mechanizmów naszego umysłu.

Jest taka mądrość zen: „Jeżeli nie masz pięciu minut na medytacje, to powinieneś medytować godzinę.”

Cele medytacji można rozważać na wielu poziomach. Medytacja ma aspekty prozdrowotne, oddziałuje na poziomie czysto fizjologicznym: wpływa na odporność, na pracę mózgu, poziom stresu etc.. W ujęciu bardziej egzystencjalnym chodzi o to, żeby jak najczęściej być, gdyż w stanie obecności uwalniamy się od umysłu. Zasadnicze jest, aby kotwiczyć się w teraźniejszości, bo w teraźniejszości rozgrywa się całe nasze życie. Nie wczoraj, nie jutro – dziś! Medytacja sprowadza na do dziś, do tu i teraz.

Często gubimy się w zaleceniach do medytacji. Tu mamy oddychać, tu wizualizować – to są wszystko sposoby i nie mówię, że one są złe, mówię ze swojego doświadczenia, co mnie osadza w trybie bycia. Czyli w czystej obecności, która jest dokładnie tą modalnością, w której chcemy być, w której życie zaczyna być przeżywane. Gdy prowadzę medytację, daję swoim uczniom taką instrukcję: nic nie musisz, nic nie rób, odpręż się, zrelaksuj, bądź. Wielu osobom to pomaga. Doświadczają ogromnej ulgi, gdy przestają analizować, „rozkminiać” medytację.

Odpuszczenie.

Tak, to jest kwintesencja. To jest droga ekspresowa i o tym jest moja książka.

W świecie zachodnim prostota nas zwodzi, gdy coś jest za proste wydaje nam się podejrzane. W większości działamy przez umysł. Wszystko rozpatrujemy z poziomu umysłu. Wskazania do medytacji też. To jest umysł, który ma nas w garści. Zamiast doświadczać najsłodszych owoców tego procesu, jesteśmy strofowani przez umysł - rozkładamy wszystko na czynniki pierwsze: „źle medytujesz”, „ucieka ci uwaga z oddechu”, „zgubiłeś się w tej wizualizacji”. Spróbujemy ten umysł okiełznać daniem sobie przyzwalania „nic nie muszę, siedzę, jedyne co muszę to być”.

A jak myśli atakują?

Umysł produkuje baloniki myśli, patrz na nie spokojnie. Nie wypieraj. Puszczaj. To jest jedna z najcenniejszych rad. Radość, smutek, zazdrość to jest tylko stan. Patrz, płacz, bądź w tym, ale i pozwalaj mijać. Natura świata jest taka, że wszystko przemija. Proste siedzenie i obserwowanie myśli też prowadzi do tej prawdy.

Piszesz w książce, że umysł produkuje 80 tysięcy myśli na dobę. Istna fabryka!

Momenty naszej uważności są rzadkie. Mam dorosłego syna i mam poczucie, że zmarnowałam wiele rozmów z nim, naszego wspólnego czasu. Gdy mój syn coś do mnie mówił, utrzymywałam tę fatyczną funkcję rozmowy: aha, uhm…, nawet potrafiłam wstrzelić się z pytaniem, ale moje myśli były gdzie indziej. Planowałam obiad, wakacje. Mnie nie było w tej rozmowie, tak naprawdę nie słuchałam swojego dziecka, nie byłam z nim. Ważne, żeby to zauważać. Dzieci to zauważają. Często są naszymi nauczycielami. Odbijamy się w sobie nawzajem, tylko musimy słuchać. W tym, przypadku dziecko jest naszym nauczycielem uważności i obecności.

Dzieci są tu i teraz. Warto się od nich uczyć.

Potrafią grzebać przez godzinę w wiaderku. My tego stanu flow uczymy się na kursach medytacji.

Z ewolucyjnego punktu widzenia te wszystkie mechanizmy (projektowanie wielu scenariuszy zdarzeń, analiza tego co się wydarzyło i co by musiało się zadziać, żeby to wydarzyło się inaczej) pozwoliły naszemu gatunkowi się rozwinąć. Jesteśmy w stanie wyciągnąć wnioski z wielu doświadczeń i zaplanować, jak postąpić w przyszłości dlatego zdobyliśmy świat. W medytacji z tym walczymy, ale takie jest uwarunkowanie homo sapiens.

Prawda też jest taka, że umysł, który jest poddawany treningowi medytacyjnemu bardzo dobrze analizuje i planuje. Jest twórczy i otwarty. To jest ten słynny „umysł początkującego” bez iluzji i przesłon, który wpada na genialne rozwiązania, bo jest niezanieczyszczony. Medytacja nie sprawia, że my nie analizujemy czy nie wyciągamy konstruktywnych wniosków. To się dzieje, tylko robimy to dużo lepiej i sprawniej. Nasza umiejętność odsiewania ziaren i od plew staje się błyskawiczna.


Czyli to jest trochę czyszczenie dysku z cookies.

Dokładnie tak! Pozbywamy się cookies. Codziennie zasiadając do medytacji oczyszczamy umysł. Wtedy ten umysł tak pięknie nam służy, jak najlepszy system. Bo to chodzi o to, żeby umysł nam służył, a nie odwrotnie. Nietrenowany umysł sprawia, że reagujemy jak psy Pawłowa. Nasze automatyczne reakcje biorą górę nad nami samymi.

Poprzez procesy, które oferuje joga i medytacja można dojść do swojej pełni. Pełni potencjału. To jest owoc praktyki. Rozeznajemy się w sobie w swoich ograniczeniach, potencjałach i możliwościach. Potrzebach, słabościach i mocnych stronach.

Skoro recepta jest taka prosta, to dlaczego to jest takie trudne? Dalajlama kiedyś powiedział, że gdyby nasze dzieci medytowały, to w następnym pokoleniu nie byłoby wojen.

Osoba, która medytuje wiele lat ma bardzo wysoki poziom empatii i życzliwości, potrafi utożsamić się z drugą osobą, bo jej ego się rozpuszcza, wtedy niemożliwy jest konflikt.

Współczujemy naszym wrogom i jest nam ich żal.

Jest taki hinduski tekst: Bhagavadgita (część Mahabharaty), pieśń w formie dialogu między Krishną a wojownikiem Arjuną,, który opowiada o bitwie. Bitwa jest tam metaforą życia. Walka jest niekiedy konieczna. Nawet osoba medytująca czasem stanie na ringu, ale to nie będzie jej pierwsza, a ostateczna reakcja.

Piszę w książce o aż o dwunastu niekorzystnych przekonaniach umysłu. Pokonanie każdego z nich wymaga ogromnej pracy. To też rodzaj wewnętrznej walki, którą codziennie toczymy ze sobą.

W świecie zachodnim żyjemy w świecie materialnych wartości, akcenty są źle porozkładane. To już jest pierwszy kłopot. Zabijamy się o to, co w ostatecznym rozrachunku okazuje się być nic nie warte. Samochody, kariery, sukcesy. Ale tak jesteśmy ukształtowani od małego, że trzeba ogromnej odwagi, żeby się z tego wyrwać, bo w tym kierunku idą wszyscy. Na ogół zatrzymuje nas jakieś gwałtowne wydarzenie: depresja, rozpad relacji. Coś takiego się dzieje, że orientujemy się, że nasza ciągła gonitwa sprawia, że przegapiamy życie.

Nie namawiam nikogo, żeby wszystko rzucił, sprzedał i żył w namiocie z rodziną. W zimę. Chodzi o to, żeby częściej w naszym życiu pojawiało się słowo WYSTARCZAJĄCE. „Dziękuję, wystarczy.” Zgromadziłem tyle, ile potrzebne jest do godnego życia i może nie muszę się tak zabijać o więcej. Może warto spędzić więcej czasu z bliskimi, oddać się pasjom, które mnie rozwijają. Może jest jakiś sposób życia, który utrzyma mnie w lepszym zdrowiu fizycznym i psychicznym. Może mogę więcej czasu spędzać pomagając społeczności. Chodzi o przekierowanie z „ja”, „muszę”, „dla mnie” na innych.

Czyli paradygmat społeczny i natura naszego umysłu działają przeciwko naszemu duchowemu rozwojowi?

W zasadzie naszym obowiązkiem powinno być poznanie umysłu. Jak pracuje i jak go okiełznać. Powinniśmy też nauczyć się, jak opiekować się swoimi emocjami. Wiele jest do zrobienia na poziomie podstawowym. Uczmy dzieci od małego tych narzędzi, to ten świat będzie lepszy. Nie chodzi o zmianę wyznania, tylko podstawową naukę koncentracji i radzenia sobie z emocjami. Uzależnienie od technologii w tym nie pomaga. Dajmy dzieciom jakiś wybór.

Rośnie pokolenie, które będzie miało jeszcze większy problem ze stabilnością mentalną.

Martwię się o to pokolenie. To jest grupa docelowa, która na potęgę powinna korzystać z medytacji. Zachęta poprzez rozmowę i warsztaty może nie pomóc, przy takiej skali zagrożenia, to powinny być rozwiązania systemowe.

Medytacja w szkole.

Tak. Z dziećmi można pracować przez zabawę. Wierszyki połączone z układaniem dłoni w mudrach przy akompaniamencie mantr świetnie wpływają na skupienie. To narzędzie koncentracji, które potrafi wspaniale wyciszyć umysł. Kiedyś prowadziłam takie zajęcia dla dzieci w przedszkolu i to było niezwykle wzruszające obserwować, jak takie dzieciaczki potrafią bawić się w skupieniu. To już z tymi dziećmi zostaje. Powiążą ćwiczenie ze spokojem i wyciszeniem, które odczują. Są też wierszyki o pomaganiu i radości życia. One zmieniają nastawienie dzieci do świata.

Praktykę wdzięczności możemy z dziećmi praktykować przy śniadaniu. Pisarka Kristina Kuzmič jest autorką znakomitego ćwiczenie, które polega na tym, że zawsze gdy powie się coś negatywnego, trzeba powiedzieć coś pozytywnego np. „nie mam już paliwa, ale „mam samochód” i „pieniądze na paliwo”. Niby banalne, a zmienia neuropatyczność naszego mózgu, zmienia modalność negatywną na pozytywną. To jest do zrobienia. Gdy dziecko grymasi przy śniadaniu, możesz z nim zagrać w tę grę: "nie ma Twoich ulubionych płatków, ale jest twój ulubiony jogurt.”

Naszym atawistycznym trybem jest dostrzeganie niebezpieczeństwa i wypatrywanie zagrożeń, co niesie za sobą tryb negatywny, ale czasem ten tryb dominuje w narracji naszego umysłu tak silnie, że musimy pracować nad większą równowagą. Celem jest umysł neutralny, który widzi głos negatywny, ale tez pozytywny i równoważy ten przekaz.

W jodze i medytacji cały czas musimy być czujni. Nic nie robi się raz na zawsze.

Staram się przekazywać osobom, które przyjeżdżają do mnie na jogę, że można z jogi korzystać albo doraźnie albo długofalowo. Po jednej sesji każdy poczuje się lepiej. Ale jeśli ktoś chce trwałej zmiany, a nie tylko chwilowego rozluźnienia to musi z tym pracować codziennie.

Joga często traktowana jest jako gimnastyka.

Masowo na pewno tak, sprawiają to media społecznościowe, gdzie pokazujemy ciało w asanach. To jest ważny aspekt praktyki. Ciało ma być zdrowe, zadbane i piękne. Ma nas ponieść przez życie, ale joga się do tego nie sprowadza. Joga jest filozofią życia. Sposobem życia. Sprowadzenie jogi do pracy z ciałem jest ogromnym zubożeniem.

Ja mam takie doświadczenie, że nawet jeśli zaczynamy tylko od ciała, to praktyka asan zmienia nas. I buduje potrzebę pogłębienia wiedzy i wejścia głębiej.

Nawet jeśli zaczniemy pracę z ciałem fizycznym, to prędzej czy później to nas doprowadzi do głębszej pracy ze sobą. Oddech jest narzędziem bardzo silnie transformującym nasze emocje, ale nie da się dokładnie powiedzieć, co nas rozwija bardziej, a co mniej. Asana, medytacja, oddech, wizualizacja, relaks – to wszystko ze sobą współgra.

W zależności od osoby, coś innego w danym momencie otwiera drzwi, umożliwia rozwój, pokazuje obszary pracy nad sobą. I pojawia się ciekawość na nowe doświadczenia. Moje doświadczenie jest takie, że ci którzy są na ścieżce, doświadczają ogromnej jakościowej przemiany. Jest to zmiana na lepsze. Nie ma wyjątków.

Dajesz gwarancję?

Gwarancję daje traktat Jogasutry Patańdźalego napisany ponad 2000 lat temu, który jest precyzyjnym zapisem ścieżki rozwoju. Zawsze mówię pół żartem pół serio, że Patanjali był świetnym psychologiem, a jego sutry są praktycznym poradnikiem szczęścia. Tam jest dokładnie wyłożone, jak żyć, co robić, czego unikać. Ci którzy pójdą za tymi zaleceniami spiją nektar.

A to są jeszcze aforyzmy, co utrudnia sprawę.

Tak, są to bardzo gęste znaczeniowo aforyzmy i czasem życia nie starcza, by je zrozumieć. Nie sposób intelektualnie, bez praktyki zrozumieć Jogasutry. Jeśli nie będziemy praktykować pilnie, to one pozostaną jakimś abstrakcyjnym zapisem czyjegoś doświadczenia. Gdy zaczynamy praktykować, wtedy pojawiają się momenty zrozumienia.

Druga sutra brzmi „Joga jest zatrzymaniem poruszeń świadomości”, dla osoby, która przyszła na jogę poćwiczyć, bo boli ją kręgosłup, to jest abstrakcja. Dużo czasu zajmuje nam zrozumienia, czym są te "poruszenia", że to są myśli i emocje. Zauważamy, że one są zmienne, nietrwałe. Zaczynamy szukać tego, co się nie porusza. Myśli i emocje nie są czymś, co w naszym życiu może dać nam stały fundament. Zaczynamy zadawać sobie pytanie: Kim jestem? Możemy znaleźć oparcie tylko w tym, co się nie porusza, a tym czymś jest świadomość: wieczna, nieruchoma i trwała.

Pamiętam jaka byłam zdziwiona, gdy przeczytałam, że cała pierwsza seria ashtangi jest po to, żeby przygotować ciało do medytacji.

O tym też mówią Jogasutry. Cała ta praca ze wzmocnieniem ciała fizycznego przez ćwiczenia, oczyszczenia go przez oddech i dietę jest po to, żeby nam się dobrze siedziało.

My jogini wiemy, że nie jesteśmy tylko ciałem fizycznym, ale też energetycznym. I jeszcze kilkoma innymi….

Joga zrobiła się modna, dużo osób uczy, bo wydaje się to być fajnym stylem życia. Podróże, wyjazdy, jakaś ezoteryka. Egzotyczny anturaż z palo santo. To jest pociągające. Potem jest kurs, który trwa miesiąc i po takim kursie uczy się jogi. Można poprowadzić po tym godzinną sesję, ale trudno, żeby w miesiąc zgłębić tak ogromną wiedzę.

Praktykuję ponad dziesięć lat i myślę, że niebezpiecznie jest chodzić do takiego nauczyciela.

Jest coraz większa konkurencja na tym rynku, ludzie maja coraz większy wybór i mogą iść do różnych nauczycieli, popróbować. Mogą pytać o kompetencje, odbyte kursy, uprawnienia. Mam nadzieję, że to pozwala im wybrać kogoś, z kim się dobrze i bezpiecznie czują. To poczucie bezpieczeństwa na macie jest ogromnie ważne.

Joga to jest potężne narzędzie, którego czasami nie doceniamy.

Stopnie przebudzenia, moce, jasnowidzenia, słyszenia, translokacje. To wszystko jest możliwe. Ale nie o to chodzi!

To jest fascynujące!

Jest fascynujące, ale tez oddalające od sedna. Skupmy się na tym, żeby rozpuścić ego, żeby było więcej życzliwości do drugiego człowieka, żeby było więcej empatii i dobra w świecie. Jeśli traktujemy drogę jogiczną jako ścieżkę życia, to pracy jest mnóstwo!

Nie starczy na jedno życie...

Nie ma szans! A na pewno nie jest to praca z ciałem. Tylko z umysłem i sercem. My na zachodzie tylko tego dotykamy. Ile jest nauczycieli, którzy mają problem z własnym ego. Ego pcha na matę i uczniów i nauczycieli. To jest bardzo duża pułapka.

Też w nią wpadasz?

Łatwo wpaść w pułapkę własnego ego. Jak się pojawiła moja nowa książka, jak zaczęłam udzielać wywiadów i zrobiło się o niej głośno, to pojechałam na dwa bardzo wymagające warsztaty. Pojechałam, żeby stale mieć w polu uwagi, że to wszystko wzięło się z maty. To że piszę, że mogę komuś pomóc taką książką, to się wzięło z tysięcy godzin mojego doświadczenia na macie. Z moich wyjazdów na odosobnienia z ciszą. To się bierze z praktyki i pilnego studiowania źródłowych tekstów jogi, a nie wrzucania zdjęć na Instagram. W mediach społecznościach pokazujemy zakłamaną rzeczywistość. Bardzo utrudnia to bycie sobą. Bycie człowiekiem.

Z jednej strony kieruje nami ego, a z drugiej jesteśmy wobec siebie strasznie samokrytyczni.

To jest ze sobą powiązane. Ego chciałoby, żebyśmy byli lepsi. Jeszcze lepsi. Ego nie chce się złamać, żebyśmy przyznali, że jest dobrze. To też jest sztuka odpuszczania. Z poziomu ego. Bez pychy i dumy, ale z akceptacją. „Jestem wystarczająco dobra”. To jest ogromna praca do wykonania. Ale ta praca przynosi owoce. Daję na to gwarancję.

Jak mało jest rzeczy, które dają nam gwarancje sukcesu.

Ja daję gwarancję na jogę.

Kasia Bem, Happy life. Sztuka odpuszczania, Wydawnictwo Luna

Przewodnik szczęśliwego i spełnionego życia, który prezentuje pewne trudne prawdy oraz mądrości wchodu i objaśnia je przystępnym językiem. Książka Kasi Bem jest owocem dwudziestu lat praktyki i pracy z ludźmi. Sama autorka mówi, że nie wyczerpuje tematu, a „ Happy life” ma dać czytelnikom do myślenia i z założenia zostawić margines na własne poszukiwania i refleksje. Ja ją przeczytałam i usiadłam do medytacji :)