Remigiusz Mróz u Książniczek

Książniczki
29 stycznia 2018

O podejrzeniach, że nie pisze sam, planach i zaangażowaniu społecznym, ale też o ulubionych książkach i audiobookach.

Język jest narzędziem kontroli umysłów - trzeba tylko umieć odpowiednio go używać – tak mówi jedna z postaci Twojej najnowszej książki “Nieodnaleziona”. Chociaż trudno nie zauważyć, że sam dajesz czytelnikom do zrozumienia, że masz na nich wpływ.

Ja na nich, a oni na mnie, bo to relacja obustronna – i właśnie na tym polega potęga słowa. Każda historia, która jest zamknięta w książkach, ostatecznie nabiera kształtu, jako owoc pracy dwóch umysłów – autora i czytelnika. Żadne inne medium nie stwarza takiej możliwości i być może właśnie dlatego to książki przetrwały jako najtrwalszy nośnik do opowiadania historii.


Inni pisarze zazdroszczą Ci tempa pracy, ale czy całkiem bezzasadne są plotki, że zatrudniasz pisarskich jeńców; że prowadzisz fabrykę bestsellerów jak James Patterson. Bo nie jest możliwe, żeby jedna osoba to wszystko napisała. Co Ty na to?

Chciałbym odpowiedzieć, że jak na lato, ale nazwisko zobowiązuje (śmiech). Poważnie mówiąc, traktuję to jako komplement – szczególnie kiedy trafiam na dyskusje i analizy, które mają wykazać, że styl jednej książki różni się tak zasadniczo od drugiej, że nie mogła ich napisać ta sama osoba. Tak naprawdę chyba żaden pisarz nie mógłby wymarzyć sobie lepszej opinii, bo nasza robota w dużej mierze sprowadza się do tego, by nie powielać rzeczy, które już kiedyś zrobiliśmy – czy to pod względem warsztatowym, czy fabularnym.

A teraz jeszcze ten nakład…

To już nie moja wina (śmiech). Ale gdyby ktoś na początku tej drogi powiedział mi, że kiedyś sprzedam prawie dwa miliony książek, a nowy tytuł będzie miał pierwszy druk taki, jak arcykomercyjne hity Dana Browna, raczej bym nie uwierzył. Niesamowita sprawa.

Czy czujesz się spełniony zawodowo? Czy apetyt na czytelników rośnie w miarę wydawania kolejnych bestsellerów?

Mam nadzieję, że tak, bo mój rośnie w miarę pisania. Nie chciałbym kiedykolwiek go stracić, a więc też nie chciałbym nigdy poczuć się całkowicie spełniony zawodowo. Zawsze są nowe cele, które pisarz może sobie postawić. Trudne tematy, które może wziąć na tapetę i nieznane mu dotychczas konwencje, w których mógłby się sprawdzić. W tej pracy zawsze jest pole do rozwoju – i może dlatego jest tak fascynująca.

Po raz kolejny przekonałam się, że mimo iż to kobiety są postrzegane jako delikatne, nie ma nic bardziej wrażliwego od męskiego ego. I tym razem wysługujesz się własną postacią do komunikatu o sobie? Jak Ty znosisz krytykę? Czy ego pisarza jest jeszcze wrażliwsze?

Nie, moje postacie zawsze mówią własnym głosem. Niektóre wielbią Kubę Wojewódzkiego, inne nie wyłączają ani na moment Radia Maryja. Zdarzają się takie, które namiętnie słuchają hip-hopu i takie, które potrafią egzystować tylko przy akompaniamencie Iron Maiden. Są i weganie, i wegetarianie, i zadeklarowani mięsożercy. Gdyby miał z tego wyjść jednolity obraz autora, pewnie przypominałby najbardziej pokręcone dzieła Pollocka. A krytycyzm znoszę pewnie tak, jak każdy inny – konstruktywne uwagi staram się przekuć na lepsze efekty swojej pracy, a z tymi innymi… po prostu jakoś sobie poradzić (śmiech).

Czujesz się zaszufladkowany do gatunku literatury popularnej? Masz ambicje, żeby zdobywać nie tylko czytelników, ale i umysły i serca krytyków, a co za tym idzie, prestiżowe nagrody literackie?

Jeśli kiedyś na jakąś zasłużę, to pewnie, będzie to ogromne wyróżnienie. Ale nie jestem gorącym zwolennikiem tego, żeby literatura gatunkowa wchodziła tam, gdzie króluje ta niegatunkowa. Stephen King nigdy nie dostał nominacji do Bookera, Folio czy Nobla, a przez pierwsze dwadzieścia lat kariery był traktowany jako popkulturowa maszynka do robienia filmów. W żaden sposób nie umniejsza to jego literackim osiągnięciom – wie o tym każdy jego czytelnik, a część nie pamięta już nawet, że był niegdyś nazywany „big makiem literatury”. Nagrody przyznawane przez grona krytyków oczywiście bardzo cieszą i naprawdę pomagają w budowaniu wiary w siebie – ale równie wartościowe są te, które przyznają czytelnicy, decydując się na wydanie zarobionych przez siebie pieniędzy na daną książkę.

Nieczęsto się zdarza, by literatura szybko odpowiadała na bieżące problemy społeczne. Czy akcja #MeToo była impulsem do napisania „Nieodnalezionej”?

Aż tak szybko nie piszę! Ta historia siedziała mi w głowie dość długo, ale ostatecznie impulsem okazały się nagrania udostępnione przez Karolinę Piasecką w internecie. Ponadgodzinny zapis horroru, jakiego doświadczała w domowym „zaciszu” jest doprawdy druzgocący. Tylko osoby o mocnych nerwach dotrwają do końca, a tymczasem ona musiała znosić to na codzień. I niestety nie ona jedyna.

Początek przemocy to pogarda i uprzedmiotowienie kobiet. Czy Twoja książka ma się temu przeciwstawić?

Wszystko powinno się temu przeciwstawiać. I wszyscy.

Chciałeś dać kobietom siłę? Nadzieję na zmianę?

Wydaje mi się, że to raczej kobiety uświadamiają nam, co oznacza prawdziwa siła. To, co opisałem na kartach książki, mogłoby przecież równie dobrze wydarzyć się w rzeczywistości. Ofiary przemocy, które wyrwały się z zaklętego kręgu pokazują, że zmiana jest możliwa. I że wymaga ogromnej odwagi, której wielu mężczyznom w podobnej sytuacji mogłoby zabraknąć.

Przemoc domowa, alkoholizm - “high-functioning alcoholic”, zaginięcia. Poruszasz wiele problemów społecznych w swojej nowej książce. Czy to już literatura zaangażowana?

Przypuszczam, że każda literatura jest poniekąd zaangażowana. W takim czy innym sensie. Żadna książka nie jest jednowymiarowa. We wszystkich, pod warstwą fabularną, kryje się coś więcej. I każdą można czytać tak, by to się uwydatniło, lub odwrotnie, skupiając się na samej historii. Widzę to na spotkaniach z czytelnikami, kiedy ktoś nie może przypomnieć sobie tytułu danej pozycji, ale pamięta doskonale, że to ta, w której był poruszany temat mniejszości romskiej, Wołynia, uchodźców, obozów koncentracyjnych et cetera.

Statystyki, które przywołujesz - że tygodniowo w Polsce trzy kobiety giną przez przemoc domową - są zatrważające. Myślisz, że literatura może coś zmienić?

Z całą pewnością – właśnie dlatego, że słowa mają moc. Literatura może być równie dobrym katalizatorem zmian, jak publiczne wyznania ofiar przemocy, którym udało się wyrwać z horroru. I dlatego na końcu powieści umieściliśmy informacje o tym, gdzie szukać pomocy. Jeśli choć jedna osoba z tego skorzysta, uznam, że dobrze wykonałem swoją robotę.

Nie zrozumie tego nikt, kto nie doświadczył przemocy ze strony ukochanej osoby. To coś wymykającego się racjonalizmowi i logice. Skąd ta wiedza odnośnie psychiki ofiary? Co pozwoliło Ci tak wiarygodnie oddać psychikę osoby maltretowanej przez współmałżonka? Jak zbierałeś materiały do książki?

Pomogły historie innych osób, poznawane właściwie na każdy możliwy sposób. Od wywiadów, przez spisane wspomnienia, aż po rozmowy. Sporo Czytelniczek odezwało się do mnie po ostatniej części serii z Forstem, w której opisywałem scenę pobicia jednej z głównych bohaterek. I kiedy mówiły mi o tym, jak dobrze udało się oddać psychiczny aspekt takiej sytuacji, mogłem wyczytać nieco więcej między wierszami. Z tego wszystkiego powstał pewien fundament, na którym zbudowałem przeżycia Kasandry. Takie sceny pisze się niełatwo, osiadają w psychice, ale zdecydowanie warto, jeśli chce się coś przekazać.

Nie kusiło Cię, żeby zakodować w swojej książce komunikat, tak jak w piosence?

Pewnie, że kusiło! Może nawet się udało…

Nie ufaj nikomu - muszą o tym pamiętać bohaterowie Twojej książki. Czy też stosujesz się do tej zasady? Np. dzielisz się z innymi pomysłami na swoje książki?

Jestem raczej na drugim biegunie – żeby komuś nie ufać, muszę mieć dobry powód. Pomysłami zazwyczaj dzielę się tylko do pewnego momentu, żeby nie psuć niespodzianki przy lekturze.

A tajemnice - czy potrafimy bez nich żyć?

Potrafimy, ale cóż by to było za życie? Potrzebujemy choćby ich szczypty, żeby odpowiednio smakowało.

Tyle piszesz, a co czytasz?

Właściwie wszystko, co wpadnie mi w ręce. Nie lubię ograniczać się pisarsko i zbyt długo przebywać w jednej konwencji. I podobnie jest z doborem lektur. Niedawno skończyłem Kinga piszącego jako Bachman, potem wziąłem się za Pałac Myśliwskiego, teraz mam na tapecie książkę DeMille’a i zbiór reportaży Barbary Seidler.

Lubisz audiobooki? Słuchasz ich biegając po lesie?

Pewnie! Choć mam wtedy okropne tempo, bo zdarza mi się zupełnie wyłączyć. Czasem jedną pozycję przyswajam równocześnie na dwa sposoby – podczas biegu mam ją w wersji audio, a wieczorem kontynuuję w formie papierowej. Słucham też na rowerze i właściwie przy każdej dłuższej podróży autem.

Jak Ci się podoba “Nieodnaleziona” w interpretacji aktorskiej nagranej przez Storytel?

Od swoich książek generalnie trzymam się z daleka – przed wydaniem czytam je po kilka razy, więc kiedy trafiają na półki księgarń, mam ich serdecznie dosyć. Wyjątkiem są wersje audio, bo czasem słucham ich, żeby przypomnieć sobie poprzedni tom danej historii, lub po prostu z czystej ciekawości warsztatowej. Przy tej formie widać znacznie więcej rzeczy, które na kartach książki mogą się ukryć. Do tej pory słyszałem tylko fragmenty Nieodnalezionej, ale już po nich mogę stwierdzić, że Aga i Dawid wykonali niesamowitą robotę. Nie przeczytali tej książki, ale ją zagrali. Stali się kolejnym elementem tej konstrukcji, o której rozmawialiśmy na początku. Ja zapewniłem plany, oni wznieśli budynek, a Czytelnicy pomalują go i wyposażą tak, jak podpowie im to wyobraźnia.

Audiobooka czyta Agnieszka Dygat i Dawid Ogrodnik, premiera 31.01 na Storytel.pl