Raz, dwa, trzy, zaśnij Ty!

Książniczki
9 lutego 2018

O pracy, inspiracjach twórczych, lekturach i o kłopotach z zasypianiem opowiedziały nam pisarka Dorota Kassjanowicz i ilustratorka Gosia Herba


Książniczki: Czy miewają Panie kłopoty z zasypianiem?

Dorota Kassjanowicz: Towarzyszą mi od dzieciństwa. Jestem typową „sową”, czyli najwięcej energii mam w godzinach wieczorno-nocnych. (Na szczęście mój mąż funkcjonuje dokładnie w ten sam sposób, więc nawzajem „wspieramy się” w zamienianiu nocy w dzień.) Jeżeli kładę się wcześniej niż o pierwszej, drugiej, czeka mnie kilkugodzinne przewracanie się z boku na bok. I rozmyślanie o tym, co się wydarzyło, i co by było, gdyby, i co będzie… To bardzo skuteczne odstraszacze snu. Rozsądek podpowiada, żeby nie zarywać nocy, skoro od rana wzywają obowiązki… Niestety, świat jest skonstruowany raczej dla „skowronków” niż „sów”, więc nieustająco próbuję się do tego dopasować. W dodatku, jak już zasnę, to spokojnie mogę spać i 10 godzin… Cóż, jak mówi jeden z bohaterów moich wierszyków: „To nie moja wina, że / doba jest zrobiona źle!”.

Gosia Herba: Ja mam trudny żywiołowy charakter; dokucza mi nadmiar myśli. Dawniej bardzo dużo paliłam – przy jedzeniu, na spacerze, w wannie, przed snem, nawet w nocy budziłam się na dymka. No, ale musiałam zrezygnować z ukochanych papierosów i natłok myśli powrócił.

To są różne sprawy – nie tylko te romantyczne, związane z wymyślaniem nowych rysunków, ale też przyziemne – nieznośni klienci, nieopłacone zlecenia, zepsuta lodówka, starzejący się rodzice. Martwię się dużo i zastanawiam, jak to wszystko urządzić, żeby działało. Nocą to wszystko siada na piersi. A ja bardzo lubię spać, więc się wściekam, kiedy nie mogę.

Jak sobie Panie z tym radzą?

Dorota Kassjanowicz: Liczenie baranów nie pomaga (jak wiadomo z wierszyka Dziewięć – strasznie tupią). Jedyny sposób na dogadanie się z „wewnętrzną sową” to iść spać dopiero wtedy, gdy się pada ze zmęczenia – to gwarancja w miarę szybkiego zaśnięcia. A ponieważ, jak wspomniałam, najczęściej muszę wstawać dużo wcześniej, niżbym chciała, mój sen często skraca się nawet do pięciu godzin, więc po tygodniu takich zmagań organizm się poddaje i raz czy dwa zasypiam „o ludzkiej porze”. Ale potem w weekend odsypiam i wszystko zaczyna się od początku…

Dorota Kassjanowicz

Gosia Herba: Opracowałam kilka skutecznych metod. Pływam do wyczerpania sił. Oglądam filmy Davida Attenborougha. Czytam kroniki policyjne The Washingotn Post i LA Times. Nie wiem, czy da się tu wyznaczyć jakiś klucz.

Skąd pomysł na książkę dla dzieci o zasypianiu?

Dorota Kassjanowicz: Jak wspomniałam, kłopoty z zasypianiem mam od dzieciństwa. Doskonale pamiętam, że wymyślałam sobie różne zajęcia, żeby tylko położyć się do łóżka jak najpóźniej. Ale gdy byłam dzieckiem, oczywiście nie było mowy o buszowaniu do późnej nocy. Zapełniałam sobie więc bezsenne godziny rozmyślaniami, marzeniami, historyjkami… Przyznam, że moja bezsenność brała się m.in. z zamartwiania się „na zapas” różnymi sprawami, z wybiegania myślami wstecz i w przód – byłam mistrzynią roztrząsania tego, co się wydarzyło, i tego, co się wydarzyć może – zupełnie jak żabki z wierszyka Siedem… Chyba byłam po prostu trochę nadwrażliwym dzieckiem i często przychodziły mi do głowy niewesołe scenariusze, które „przeganiałam” wymyślaniem własnych opowieści z „happy endem”. Takich dzieci z pewnością nie brakuje także w dzisiejszych czasach, stąd pomysł, by podzielić się swoimi doświadczeniami i opowiedzieć w lekki i – mam nadzieję – zabawny sposób o tym, że spanie jest tak naprawdę świetną sprawą, szansą na wspaniałą przygodę, że nie warto go odkładać na jak najpóźniej, że jest niezawodnym sposobem na smutki, że zamartwianie się przed snem to zły pomysł, a zasypianie w dobrym nastroju to także dobry humor nazajutrz. Krótko mówiąc, warto pójść w ślady jednej z żabek z wierszyka, która: „Jutro zajmie się – nie teraz – / tym, co innym sen odbiera”.

Gdzie Panie szukają inspiracji?

Dorota Kassjanowicz: Jak widać – głównie we wspomnieniach z dzieciństwa (które pamiętam dość dobrze, zwłaszcza od strony przeżywanych emocji). To, jakim byłam dzieckiem, co mnie cieszyło, czego się bałam, co było dla mnie wtedy ważne, jakie były moje relacje z rodzicami – wszystko to jest dla mnie bardzo silną inspiracją. Jak również to wszystko, co dzieje się każdego dnia obecnie w moim bliższym czy dalszym otoczeniu, ludzie, zdarzenia, czasami jedno zasłyszane słowo czy przeczytane gdzieś zdanie. Nigdy ani inspiracji, ani pomysłów nie szukam na siłę, na zasadzie „o czym by tu teraz napisać?”.

Gosia Herba

Gosia Herba: Codziennie w nowym miejscu. Inspiracja nie jest czymś stałym, niezmiennym. Można sobie upodobać jakiś kierunek w sztuce, albo artystę i ciągle do niego wracać, ale to chyba nudne. Studia nad historią sztuki nauczyły mnie czerpania z dzieł inspiracji, niezależnie od moich osobistych upodobań; w oderwaniu od tego, czy dana praca mi się podoba, czy uznaję ją za ładną, czy czuję dyskomfort podczas jej oglądania. Dlatego w moich pracach można dostrzec wpływy zarówno malarstwa średniowiecznego, jak i japońskiego drzeworytu; ilustracji Tove Jansson, jak i grafik Fransa Masereela; Balthusa jak i Depero. I tak dalej. Do tego dochodzą gry komputerowe, animacje, filmy, komiksy, książki, moja mała plantacja kaktusów, sukulentów i monster. Niezmiennie interesuję się antropologią kultury. Tematów do ilustracji dostarcza mi mój tajny notes, w którym zapisuję różne ciekawostki.

Czy pomysły czasem przychodzą we śnie?

Gosia Herba: Nie przepadam za surrealizmem. Nie znoszę obrazów Dalego i Margritta i kiedy spotykam je w muzeum zawsze obsypuję obelgami. Zdarza mi się jednak wykorzystywać marzenie senne w pracy. Nie odnajduję nic ciekawego w samej onirycznej, niedorzecznej fabule. Miewam natomiast sny o rysowaniu. Bardzo konkretne i wyraźne; gdzie siedzę przy biurku i realizuję jakiś projekt; szkicuję, kładę kolor. Kilka razy, po przebudzeniu, uznałam, że przyśniła mi się warta uwagi forma plastyczna. Tak powstała ilustracja o wilkołaku i jego żonie.

Dorota Kassjanowicz: Ja nigdy pomysłu na książkę nie zaczerpnęłam ze swojego snu. Choćby dlatego, że rzadko coś mi się śni. W dzieciństwie śniło mi się dużo więcej i ciekawiej.


A pisanie to zawsze przyjemność, jak radzić sobie z kryzysami twórczymi?

Dorota Kassjanowicz: Jak powiedziała Agatha Christie: „Pewnego dnia przychodzi do głowy pomysł, a potem siadasz i zmuszasz się, żeby zamienić go w książkę”. No właśnie. Najtrudniej jest zacząć. Napisać kilka pierwszych zdań. Sama nie wiem, dlaczego. Może to obawa, że pomysł się nie sprawdzi? Albo że po obiecującym początku utknie się gdzieś po drodze? Bo jeżeli chodzi o same pomysły, tych mi na szczęście nie brakuje. Bardziej brakuje mi czasu. Dłuższej wolnej chwili na pisanie. Niestety, z tym jest kłopot. Oprócz pisania własnych książek (a także tekstów piosenek dla dzieci i dorosłych – pod nazwiskiem Dorota Czupkiewicz), redaguję też książki innych autorów – głównie naukowe, ale i beletrystykę. To zajęcie pochłania sporo czasu, energii i uwagi.

A rysowanie? Czy to zawsze przyjemność?

Gosia Herba: Nie przepadam za pracą pod presją i takiej unikam. Owszem, zdarzają się błyskawiczne zlecenia, których się podejmuję, ale są to jakieś duże tytuły albo stali klienci. Lukratywność tych realizacji rekompensuje wysiłek w nie włożony.

Rysowanie sprawia przyjemność, kiedy ma się czas na przemyślenia, na próbowanie, na szukanie odpowiedniego sposobu, języka. Wtedy można się rozwijać i mieć poczucie, że wykonało się solidną robotę. Nie ukrywam też, że świetnie bawię się bazgroląc bzdury w szkicowniku.

Kryzys generują natomiast zbyt liczne zlecenia z krótkim deadlinem, a jeszcze gorsze są niekończące się realizacje i współpraca z trudnym, niezdecydowanym albo władczym klientem. Staram się takich sytuacji unikać. Na kryzys dobra jest praca. Większość problemów można zarysować.


Lubi Pani ilustrować dla dzieci?

Gosia Herba Uwielbiam! Najmilsze chwile w moim życiu zawodowym, to te, kiedy pracuję nad ilustracją dla dzieci. Praca nad książką to tygodnie/miesiące dobrej zabawy. Wakacje!

Pani Doroto, a Pani lubi swoją pracę?

Dorota Kassjanowicz: Pisanie? Podobno, jeśli robi się to, co się lubi, nie można nazwać tego pracą… To oczywiście tylko część prawdy. Tak czy inaczej, odkąd sięgam pamięcią, zawsze coś sobie pisałam, wymyślałam, rymowałam... To po prostu część mojego życia. Gdybym tego nie „lubiła”, dawno dałabym sobie z tym spokój. Oczywiście „lubienie” pisania nie gwarantuje ciągłego uśmiechu na twarzy i entuzjazmu przy pracy. Jak wspomniałam, czasami trzeba się zmusić do ruszenia z robotą z miejsca. To, co trudno lubić, a co jest nieodłączne od tego zajęcia, to stres związany z oczekiwaniem, jak książka czy tekst piosenki zostaną przyjęte.

A spotkania autorskie i praca z dziećmi?

Dorota Kassjanowicz: Szczerze mówiąc, wolę pisać, niż o tym opowiadać. Jestem bardziej praktykiem niż teoretykiem. Najchętniej swoje zadanie ograniczyłabym do napisania i wysłania tekstu w świat. Jednym z zaskoczeń związanych z byciem autorką książek był fakt, że na pisaniu rzecz się jednak absolutnie nie kończy – trzeba wstać od biurka i wyjść do czytelników, dziennikarzy itp. Trochę mnie to kosztowało i w jakiś sposób kosztuje do dziś, bo z natury jestem introwertyczką. Jednak warsztaty i rozmowy z dziećmi okazały się bardzo ciekawym, wręcz bezcennym doświadczeniem. Teraz wiem, że bez tych spotkań ani rusz, jeśli chcę naprawdę znać swoich młodych czytelników. Ich kreatywność, sposób patrzenia na świat, otwartość, szczerość – nieraz „aż do bólu” – są inspirujące i dają do myślenia. Staram się ich nie zanudzać. O zanudzenie na takich spotkaniach autorskich bardzo łatwo. Uruchamiam więc swoją wyobraźnię ze wszystkich sił, co także dla mnie jest niezłym treningiem kreatywności. No i mam cichą nadzieję, że przynajmniej niektóre dzieciaki mi uwierzą, że czytanie książek to fascynująca sprawa.

Jak wyglądała praca nad książką „Raz, dwa, trzy, zaśnij Ty!”? Dostała Pani wiersze i usiadła do rysowania?

Gosia Herba: Jak tylko dostanę tekst, to go czytam bardzo uważnie i odkładam na tydzień lub dwa. Kończę inne projekty, a w wolnych chwilach myślę o nowym zadaniu i się do niego przygotowuję. W pamięci zostają mi te najbardziej plastyczne fragmenty tekstu. Pomysły dojrzewają i po jakimś czasie ponownie czytam zadane wiersze. Bo tak się szczęśliwie złożyło, że powierzane są mi utwory poetyckie. Po Ficowskim i Grochowiaku przyszła pora na współczesne rymowanki Doroty Kassjanowicz.

Praca poszła bardzo sprawnie. Te wierszyki okazały się wspaniałym materiałem do zilustrowania; zabawne, absurdalne i abstrakcyjne.

Zawsze staram się tworzyć ilustracje bogate, a jednocześnie na tyle dyskretne, by nie przysłaniały tekstu. Unikam powtórzeń – nie rysuję tego, co już zostało napisane. Dążę natomiast do wydobycia nastroju książki. I tutaj pojawił się pomysł na senny korowód – by przez wszystkie strony książki wędrowały fantastyczne stworzenia, hybrydy zwierzęce i zwierzęco-stworkowate. Czasem jest zabawnie, wesoło, beztrosko, innym razem wkrada się mrok. Dzieci też miewają koszmary. Próbowałam narysować to uczucie sennego zagubienia, zapętlenia, operując formami przyjaznymi dzieciom. Inspirowały mnie kreskówki, animacje, zarówno te stare, z mojego dzieciństwa – polskie, czeskie, radzieckie, jak i współczesne np. Adventure Time. Tam ten dziecięcy surrealizm jest znośny; często błyskotliwy i świeży.

Dorota Kassjanowicz: Te ilustracje po prostu fantastyczne! Dowcipne, nieoczywiste, momentami niepokojące, piękne kolorystycznie. To zawsze da się zauważyć, czy autor ilustracji „poczuł” tekst i czy odbiera na tych samych falach, co autor książki. Wierszyki dla dzieci o snach mogłyby zaowocować zbyt łatwymi skojarzeniami, może nawet, o zgrozo, słodkimi obrazkami – ale nie w przypadku tak wyjątkowej artystki, jak Gosia Herba.

Czyli jest Pani zadowolona ze współpracy z ilustratorką?

Dorota Kassjanowicz: Zadowolona to zbyt skromne określenie. Ilustracje w książce dla dzieci na pewno są równie ważne jak tekst. Ja do tej pory, wspominając lektury z dzieciństwa, najpierw „widzę” ilustracje. To z nimi dziecko styka się w pierwszej kolejności, zanim jeszcze pozna treść. Oddziałują na wyobraźnię równie mocno jak opisana historia. Mogą więc mieć decydujące znaczenie – odstraszyć młodego czytelnika albo go zatrzymać. Ilustracje, które powstały do Raz, dwa trzy… Zaśnij ty! intrygują i zdecydowanie zachęcają do czytania. Zanim miałam możliwość obejrzenia tych ze środka książki, najpierw dotarł do mnie projekt okładki. Kiedy zobaczyłam to czarne tło i gromadkę sennych stworków o dziwnych, niepokojących oczach – wiedziałam, że Gosia Herba to dar od losu.

Pamiętają Panie ulubione książki z dzieciństwa?

Dorota Kassjanowicz: Moja ukochana książka z dzieciństwa to Dzieci z Bullerbyn – wykreowany w niej świat jawił mi się jako nieco baśniowa oaza bezpieczeństwa, ciepła, przyjaźni i rodzinnej miłości. A przy tym to książka zabawna i tak sugestywnie napisana, że mogłam się do tego świata bez problemu w wyobraźni przenosić. Inne ważne dla mnie tytuły to Przygody Koziołka Matołka (również w wersji drukowanej, z ilustracjami Marianowicza, ale to dzięki dwóm winylowym płytom znałam tarapaty Koziołka na pamięć) i Kubuś Puchatek – pierwsze spotkanie z takim nieco „surrealistycznym” humorem. Zawsze też będę ciepło wspominać Wyspę Skarbów, którą tata czytał mi na dobranoc. Może dlatego nie przepadałam potem za „dziewczyńską” literaturą, jak np. Ania z Zielonego Wzgórza. Wolałam Niziurskiego, Nienackiego, Bahdaja…Zawsze też chętnie wracam do książki co prawda z czasów wczesnonastoletnich, która jednak też wiele „zrobiła” dla mojego późniejszego pisania – Z powrotem Zbigniewa Batki – oniryczna, surrealistyczna, przezabawna.

Gosia Herba Jako dziecko sporo chorowałam. Spędzałam więc dużo czasu w domu, pod kocem, z książką. Kiedy miałam 7 lub 8 lat zapadłam na zapalenie płuc. Od smutków ratowała mnie wówczas Muminkowa Dolina. Uczyłam się też na Tove rysować; namiętnie przerysowywałam motywy z jej Niebiezpiecznej Podróży.

Później chorowałam na liczne zapalenia uszu, anginy, zapalenia oskrzeli, ospę, świnkę (dwa razy!), różyczkę... i czytałam Karampuka (ilustrował Stanny), fatalnie wydrukowaną serię o krainie Oz (gdzie kolory w ilustracjach Rychlickiego rozłaziły się, czasem brakowało magenty a czasem była tylko ona), baśnie Puszkina, Alicję w krainie czarów (ilustrowała Olga Siemaszko), Ferdynanda Wspaniałego (il. Mikulskiego).

Oglądałam też sporo albumów z reprodukcjami dzieł Boscha, Memlinga, różnych rosyjskich malarzy np. Szyszkina. Moją ulubioną książką było czeskie wydanie albumu o Beatlesach, z 1969 roku. Wydany na świetnym satynowym papierze, z pięknymi, intensywnymi kolorami zachwycał rozkładówkami z ilustracjami, kolażami, zdjęciami. To były duże nazwiska jak Alan Aldridge, Roland Topor, Folon, Tomi Ungerer, David Bailey... Książka dostarczała mi też golizny. Miałam tam upatrzone dwa zdjęcia: jedno przedstawiało kobiecy korpus, pomalowany na biało, tak, że wyglądał jak ogromna twarz, z patrzącym biustem; drugie kobietę-wieżę, owniętą zjeżdżalnią, prowadzącą do jej łona.

Kiedy trochę podrosłam, nadal chorowałam, i zamiast chodzić do szkoły, zaczytywałam się w przygodowych powieściach Jacka Londona i Juliusza Verne. Później w Nędznikach, Zbrodni i Karze, Zielonym Henryku. Bardzo lubiłam Inwazję Jaszczurów Karela Čapka. Szkoda, że nie była ilustrowana.


Nad czym Panie teraz pracują?

Gosia Herba: Pracuję teraz nad wieloma projektami komercyjnymi, które są przyjemne i lukratywne, oraz nad autorską książką dla dzieci, która daje mi najwięcej radości. Napisał ją Mikołaj Pasiński, mój mąż i partner w pracy (razem prowadzimy studio graficzne). To będzie książka obrazkowa o kamienicy i jej mieszkańcach. Roboczo nazywamy ją Perecem dla najmłodszych.

Dorota Kassjanowicz: W 2014 r. debiutowałam powieścią dla „młodszej młodzieży” (10–13-latków – Cześć, wilki) i teraz znowu chciałabym wrócić do takiej dłuższej formy. Na razie notuję pomysły, zastanawiam się, jaki miałby być główny bohater. Chyba już wiem, jak się zacznie jego historia i po co chciałabym ją opowiedzieć (wiedzieć po co – to podstawa), ale do napisania pierwszego zdania jeszcze daleko. Książka musi się najpierw trochę „uzbierać”. Jakiś czas temu skończyłam krótką trzyczęściową opowieść o wyobraźni. Ta z kolei musi się odleżeć – to pomoże mi nabrać dystansu do tekstu, jakby wyjść ze swojej głowy i spojrzeć na niego bardziej z zewnątrz, żeby zauważyć jego słabe strony, wszystkie braki. Potem znów sobie poleży, i znowu go przeczytam i coś poprawię… Jestem wiecznym poprawiaczem. W końcu, jak zawsze, skorzystam z pomocnego oka i opinii bliskiej osoby, żeby przerwać ten korowód korekt i zmian. Poza tym chyba wyciągnę z szuflady jeszcze parę wierszy dla najmłodszych. Nie ukrywam, że ukazanie się zbiorku Raz, dwa, trzy, zaśnij ty! dodało mi skrzydeł (choć nie uwolniło od niepewności). Bycie autorką to nieustający sprawdzian. A z rezultatami sprawdzianów nigdy nic nie wiadomo – jakby powiedział Kubuś Puchatek.


KUP KSIĄŻKĘ