Obwarzanki jem, owszem, ale raczej na drugie śniadanie

Książniczki
10 kwietnia 2020

Wywiad z Michałem Rusinkiem wokół książki „Od mikmaka do zazuli”


Pytania od Książniczek:

Zofia: Miałeś w szkole same piątki z polskiego?

Sylwia: Ja bym chciała wiedzieć, czy miałeś może jakąś pałę!?

Michał Rusinek: Z polskiego miałem raczej dobre oceny, ale przede wszystkim miałem w liceum fantastyczną nauczycielkę, która potrafiła nas zarazić (choć to teraz ryzykowna metafora) namiętnością do literatury i języka. Kazała nam też dużo pisać, to się nam wszystkim teraz przydaje.

Z: Jaki regionalizm jest Twoim ulubionym?

MR: Ponieważ wychowywałem się na Podhalu, więc mam sentyment do tych podhalańskich. Ale pisząc tę książkę konsultowałem się z dr. Arturem Czesakiem, wybitnym dialektologiem i on podesłał mi całą listę regionalizmów zupełnie mi nie znanych. Moim ulubionym są chyba gnieźnieńskie „fiksmatynta”, czyli szpargały. Przyznam, że najbardziej lubię takie słowa-prowizorki, które nazywają coś, co trudno nazwać.

S: W książce dużo jest lokalnych przysmaków, jaki jest Twój najsmaczniejszy regionalizm, bo chyba też ich kosztujesz? Czy jesz na śniadanie „obwarzanki”?

MR: Obwarzanki jem, owszem, ale raczej na drugie śniadanie, przebiegając przez Kraków. Najchętniej – obwarzanki z solą. A kiedy jestem w Lublinie lub Szczebrzeszynie, zawsze zajadam się cebularzami. Kiedy byłem mały, dostawaliśmy od mojej ciociobabci, mieszkającej w Lublinie, paczki, w których były między innymi właśnie te lokalne przysmaki. Ale najlepsze są taki świeże, prosto z pieca!

Z: Dlaczego wybrałeś „słowa”? Co w nich jest takiego ciekawego, a może nawet fascynującego, że poświęcasz im kolejne książki?

MR: Interesuję się językiem i staram mu się przyglądać z różnych stron. Uważam, że źle się dzieje, jeśli nie zwracamy na niego uwagi, jeśli jest dla nas jak powietrze, jeśli nie mamy świadomości, że on też ma swoją materialność, z czegoś jest zrobiony. Źle, bo wówczas dajemy się zmanipulować, łatwiej nam coś w mówić. Zabawa słowem wzmaga czujność wobec słów. A ta czujność jest nam, szczególnie dzisiaj, bardzo potrzebna.

S: Regionalizmy cieszą się ostatnio coraz większym powodzeniem. Czy myślisz, że ludzie wracają do tradycji? Co nam daje poznawanie regionalizmów i dialektów?

MR: Chciałbym, żeby ludzie mieli świadomość „swoich” regionalizmów, a jeśli np. gdzieś się przeprowadzą, to interesowali się regionalizmami lokalnymi, podobnie jak np. interesują się lokalną kuchnią. Owszem, mam wrażenie, że coraz mniej się wstydzimy znaków – także językowych – tego, skąd jesteśmy. Zawsze powtarzam, że powinno się znać język, nazwijmy go, ogólnopolski, ale i pielęgnować języki lokalne. Tak samo, jak niektórzy mają w szafie elegancki garnitur czy garsonkę, a także strój ludowy.

Z: Czy jakieś regionalizmy wielkanocne są obecne w Twoim domu? Robicie z rodziną kraszanki, kroszonki czy pisanki? Robimy banalne pisanki. Ale i pieczemy mazurki, które są wbrew pozorom ciastem nieznanym w wielu miejscach Polski.

S: „Od mikmaka do zazuli” jest atlasem regionalizmów. Można potraktować go też jako szlak podróży. Z jakiego miejsca zacząć tę podróż?


MR: Od Szczecina, gdzie zaczyna się książka? To jest taki atlas, który pozwala rozpocząć podróż w dowolnym miejscu. Ja bym proponował od Szczecina, oczywiście. Bardzo lubię spacerować po tym mieście. No i nadstawiać ucha!


Pytania od dzieci:

Hania: Skąd pomysł, żeby pisać o głupich minach?

MR: Bo głupie miny są fajne! Nawet najmądrzejsi ludzie, jak fizyk, pan Einstein czy pisarz, pan Witkiewicz, bardzo lubili od czasu do czasu robić głupie miny

Julek: I jak wygląda najśmieszniejszy sznek Pana Rusinka? (poprosimy zdjęcie)

MR: Na razie ćwiczę się w sznekach. Prześlę zdjęcie, jak będę z któregoś zadowolony.

Janek: Czy są jakieś regionalizmy na drewniane zabawki?

MR: Nie spotkałem się, ale zabawki z ciasta chlebowego to „byśki”. Przynajmniej na Kurpiach.

Antek: Z czego Pan Rusinek najczęściej się śmieje się?

MR: Z żartów językowych! I z niektórych regionalizmów, na przykład tego podwójnego „się”.