Na herbacie u Joanny Bator

Książniczki
28 listopada 2017

"W tej książce do głosu doszło moje japońskie alter ego" #purezento

Joanna Bator opowiedziała nam o swoim zmęczeniu potokiem ciemności, który stworzyła do tej pory. W nowej książce nie wbija czytelnikowi szpilek pod wszystkie paznokcie. "Purezento" jest prezentem dla niej samej i dziełem świetlistej strony autorki - dobrej bliźniaczki...


Powiedziała nam Pani kiedyś, udzielając wywiadu do Elle, że powieść o Japonii powstanie dopiero wtedy, gdy Pani się od Japonii oddali. Czyli tak się stało?

To się cieszę, że udało mi się powiedzieć coś takiego, co się później faktycznie ziściło. Nie tak, jak było z „Rokiem Królika”, kiedy zapowiadałam książkę o miłości, a napisałam o potworności.

Powieść z akcją w Japonii chodziła mi po głowie od dawna. To były takie przebłyski, intuicje, obrazy. W każdej mojej powieści są japońskie elementy, chyba coraz więcej z książki na książkę. W „Roku Królika” pojawia się między innymi obraz tsunami, erotyczny drzeworyt z ośmiornicą. A więc coś tam sobie cicho dojrzewało. Nie wiedziałam tylko, że urodzi się tak szybko. „Purezento” jest najbardziej zaskakującą książką w moim życiu. Jest przede wszystkim prezentem dla mnie jako autorki ode mnie samej.

Jak to się zaczęło?

Późną jesienią rok temu wracałam ze spotkań autorskich w Niemczech. Biegłam przez lotnisko w Monachium. Minęłam grupę roześmianych Japonek. Usłyszałam słowo „purezento”. I zostało ze mną. Do czegoś mnie ciągnęło nowego. Taka zahaczka.

Chwile potem wyjechałam na rezydencję artystyczną do Brazylii. Na wyspę Itaparicę. Byłam po „Roku Królika”, zmęczona. Co rok książka. Myślałam chyba, że sobie w końcu odpocznę, popijając pod palmą capirinię (śmiech). Mieszkałam tam w przepięknym postkolonialnym domu należącym do Fundacji Sacatar. Miejscowi mówią na to miejsce Sacatraz. Szóstka artystów z całego świata pod jednym dachem. Czułam się tam, jakbym trafiła do raju, chociaż nie zasłużyłam. Enklawa, heterotopia. Cudowny wielki gród, po którym spacerują pawie, przyjazne psy i koty. Świeże mleko kokosowe. Upał. Niespodziewane purezento. Ale to jeszcze nie koniec.

Tam Pani zaczęła pisać?

Postawiłam komputer na biurku z widokiem na zatokę Wszystkich Świętych i nagle bum! Ta książka popłynęła jak jasna fala. Podobnie pisało mi się chyba tylko „Piaskową górę” w Tokio. W ciągu dwóch miesięcy pobytu na Itaparice napisałem ponad sto stron. Skończyłam w maju nad zimnym morzem w Niemczech. Potem już tylko były poprawki, inkrustacje, cyzelowanie.

Ta książka czekała na Panią?

Tworzeniu każdej książki towarzyszy jakiś nieoczekiwany zlep „okoliczności przyrody” i spotkań z ludźmi. Trochę konkretu, trochę metafizyki, czyjaś oliwka na plecach. Pobyt na Itaparice sprawił, że otworzyła się moja japońska pamięć. Czekała na żar i smutek tropików, żebym mogła do niej wrócić i z niej czerpać. Tak, jak „Piaskowa góra” czekała na Tokio.

Pisze Pani w „Purezento” o sztuce kintsugi. Miała Pani możliwość praktykowania jej?

Kiedyś w Tokio byłam tylko na jednych zajęciach. Nie jestem mistrzynią kintsugi, ale próbuję. Mam zdolności manualne. Moja mama w związku z tym chciała, bym została technikiem dentystycznym. Nie wyszło, ale czasami ogarnia mnie twórczy szał innego rodzaju niż pisanie. To co Panie widzą w moim salonie to kintsugi w innej wersji. Wypełniam tą metodą pęknięcia w betonie, którego istotą jest to, że pęka, czym bardzo się przejmował mój szef budowy. Uspokajałam go, że pęknięcia są w porządku. I na kolanach, w skupieniu wypełniam je teraz złotem. Pęknięć i złotych blizn będzie przybywać. To bardzo symboliczne.

Opowiadała Pani o tym wiele razy, ale przy okazji tej książki, warto jeszcze raz spytać. Jak to się stało, że Japonia jest Pani taka bliska?

Japonia jest moim drugim w życiu purezento. Szczęściarze dostają w życiu do trzech takich darów. Trzecim jest pisanie. Japonia zmieniła moje życie. Tam zaczęłam pisać prozę. Trafiłam do Tokio po doktoracie. Już wiedziałam, że praca akademicka nie jest moim powołaniem. Miotałam się tu i tam. W Nowym Jorku na stypendium coś tam pisałam do polonijnego „Nowego Dziennika”. Pierwszy wywiad zrobiłam z Januszem Głowackim, a nie miałam doświadczenia i nic mi się nie nagrało. Spisałam ten wywiad z głowy i z tego, co znalazłam w innych jego wywiadach. Był bardzo zadowolony. Po latach zrozumiałam, że po jakimś okresie bycia wyeksponowanym medialnie mówimy ciągle to samo.

Jak to było z Japonią?

Właśnie, wracając do tej historii, którą już opowiadałam (śmiech). Koleżanka przysłała mi formularz aplikacyjny na stypendium do Japonii. Bez intencji, bo nie byłam znana jako osoba, która interesuje się Japonią. Gdybym była katoliczką powiedziałabym, że to było tchnienie Ducha Świętego. Wypełniłam ten formularz i miałam jedną noc, żeby znaleźć profesora w Japonii, który prześle mi list zapraszający. Napisałam do trzech przypadkowych facetów znalezionych w internecie. Jeden z nich odpisał błyskawicznie. Zachowałam się w zupełnie barbarzyński sposób z punktu widzenia Japończyków. Żeby było śmiesznie, był profesorem na najbardziej prestiżowej japońskiej politechnice. Po kilku tygodniach dowiedziałam się, że dostałam dwuletni kontrakt na tej uczelni. I pojechałam. Ten człowiek dał mi pełną wolność. Zupełnie inaczej niż stereotypowy japoński szef, który każe siedzieć w biurze i poniewiera. Myślę, że on bardzo szybko zauważył, że spadłam tam na gumce z kosmosu. Dzięki jego postawie, miałam czas i przestrzeń, by się w Japonii zakochać. Wsiąkłam. Po pary tygodniach wiedziałam, że jestem na początku jednej z najważniejszych historii mojego życia. Wróciłam jeszcze dwa razy. W sumie spędziłam tam cztery lata.

To było Tokio. To, które Pani opisuje w „Purezento”?

To. Mieszkałam dokładnie tam, gdzie moja bohaterka. Moja stacja metra, sklepy, uliczki. Piszę też o kampusie mojej uczelni - Tokyo Institute of Technology. Rosną tam jedne z najstarszych w Tokio drzew wiśniowych. Bajkowe miejsce. „Purezento” opowiada historię fikcyjną, w której ja, prawdziwa Joanna Bator, przemykam tylko jak duch. Moja bohaterka widzi dwa razy blondynkę w domu dla zagranicznych profesorów. To ja.

Pani bohaterka nie ma imienia.

Już dwa razy spotkałam się z tym, że czytelnik twierdził, że ona ma imię, ale nie potrafił go sobie przypomnieć. O to chodzi! Nie ma imienia – i może mieć każde. Purezento może spotkać każdego, kto umie podjąć wyzwanie. Takie, jak wyjazd na dwa lata do kraju, którego się kompletnie nie zna. Do kraju, o którym się nigdy nie marzyło, po to, żeby już nie móc bez niego żyć.

Ta książka jest łagodniejsza niż inne Pani książki. Czy to przez Japonię, w której odnalazła Pani spokój?

Będą pewnie mówić, że dobrze potrafię pisać tylko o Japonii, a na Polsce wieszam psy. Często używam metafory jasnej i ciemnej bliźniaczki. „Purezento” jest raczej dziełem tej jasnej siostry. Właściwie od kiedy zaczęłam pisać prozę, czyli od „Piaskowej Góry”, bardziej korzystałam z tego ciemnego źródła. Genetycznie nie da się tego wytłumaczyć, strukturalnie być może, ale nie wiem czy to w ogóle powinno mnie obchodzić. Po prostu buszuję po korytarzach pod Zamkiem Książ, wpełzam w ciemne zakamarki umysłu, daję się nieść demonowi. Przy „Purezento” przekonałam się, że to jeszcze nie jest wszystko. Myślę zresztą, że ślady tej jasności można odnaleźć w „Piaskowej Górze” i w „Chmurdalii”. „Ciemno” też nie kończy się zbiorowym samobójstwem, mimo wszystko. A nawet „Rok Królika”, bo na koniec odmieniona bohaterka jedzie ku światłu. Nigdy jednak nie miałam tak bezpośredniegodostępu do tego źródła łagodności jak w „Purezento”.

Czy ono bije tylko w Japonii?

Niedługo pewnie się przekonamy, bo czekam właśnie na ten moment, kiedy zacznę pisać nową książkę, w której wracam na Dolny Śląsk. Jak zawsze nie mam planu i konkretnej idei. Prawie nic nie mam. Wiem tylko, jak się zaczyna. I jest tam jakaś czułość. Ktoś kogoś kocha i tak dalej.

Na okładce czytamy, że ta opowieść „ma słodko-słony” smak umami. Myśli Pani, że to dobrze podsumowuję tę historię?

Umami jest dla mnie zmysłową istotą japońskości. Słona-słodycz to smak, który czuję na języku, kiedy myślę o Japonii. Ta książka jest bardzo zmysłowa, rzeczywistość jest w niej doświadczana nie tylko oczami, ale też przez smak, węch i dotyk. Japońska estetyka waloryzuje pozaintelektualne doświadczenie świata i idę tym tropem, bo jest mi bardzo bliski, od kiedy zaczęłam pisać prozę. W „Purezento” doszło do głosu moje japońskie alter ego z siłą, która mnie zdumiała.

Czytałam tę książkę i zastanawiałam się, kiedy Pani „przywali” czytelnikowi.

Pewnie się będą zastanawiać, czy chora jestem, czy może przeżyłam jakieś religijne nawrócenie. Nic z tego. Po prostu bardzo wymęczyłam swoich czytelników i siebie samą tym potokiem ciemności. Teraz ciepła woda w jaskini japońskiej szamanki zmywa ból, goi rany.

Po „Roku Królika” to wygląda jakby dwie inne osoby napisały te książki.

Wiem. Pokażę Wam w mojej pracowni pewne zdjęcie, które pokazuje, że…. mnie są dwie.

Taka książka, zupełnie inna niż do tej pory, zmienia Panią?

Każda mnie zmienia. „Purezento” to dla mnie jak roczny pobyt w świątyni zen. Cieszę się, że i tak potrafię. Dawno nie czułam takiej radości twórczej, radości dawania. Zwykle po książce czuję się po prostu zmęczona, pełna wątpliwości i niezadowolona. Po „Purezento” siedzę i patrzę na ogród, i cieszy mnie szczelina wypełniona złotem.

Czyli trochę jak Pani bohaterka.

Tak.

Która książka jest Pani ulubioną?

Następna.

Jest w „Purezento” wątek dotyczący mediów społecznościowych. Pani nie ma na Facebooku. Dlaczego?

Jestem raczej introwertyczna, nieufna, powoli zbliżam się do ludzi. Lubię ludzi, ale w realu i są to raczej ważne głębokie przyjaźnie niż luźne kumplowanie się. Bardzo lubię pisać długie maile, ale dawać lajki? Jakoś tego nie czuję. Facebook to królestwo fałszu i hipokryzji. Na zdjęciach idealna rodzinka, ale tatuś dwa razy w tygodniu pędzi 100 kilometrów do kochanki. Zawodowo nie muszę jarmarczyć. Moje książki sprzedają się dobrze i nie mam potrzeby bycia handlarką z Bazaru Różyckiego na Facebooku. Natomiast jestem w stanie sobie wyobrazić, że gdyby była teraz nastolatką, to bym narobiła wiele niewiarygodnych głupot (śmiech).

Czytelnicy piszą do Pani?

Tak i zawsze odpisuję. Najbardziej czytelników podzielił „Rok Królika”. Czytelnicy pisali, że chowają moją książkę do szuflady, albo za inne książki na regale. Ta książka jest dla nich potworem budzącym lęk. Z jednej stronie fajnie, że coś tak działa, ale też przerażające, że coś takiego urodziłam. Doświadczeni czytelnicy chcą dobrej historii, która zmieni ich rzeczywistość psychiczną, ale jednak nie powbija im szpilek pod wszystkie paznokcie.

„Purezento” nie wbija szpilek pod paznokcie.

To pierwsze dni obecności książki na rynku i reakcje są bardzo emocjonalne. Wszyscy doznaliśmy jakiś utrat i zdrad. Wszyscy wiemy, że nie wszystkie skorupy da się skleić i że czasem bezpowrotnie tracimy lata i złoto na próbę zrobienia jakiejś całości ze śmieci. Coraz bardziej mam wrażenie, że pod łagodnością tej czułej opowieści ukryta jest inna opowieść, o klimacie znanym z poprzednich moich książek