Książniczki i "Dzikie królestwo"

Książniczki
1 grudnia 2017

Simon David Eden o buncie zwierząt i o tym, co się stanie, kiedy stracą do nas cierpliwość...

Opisuje Pan w swojej powieści sytuację, w której ludzie i zwierzęta stają przeciw sobie do wojny. Po której stronie tego konflikt jest Pan?

Świetne pytanie. Ta książka zrodziła się z bardzo pięknego i bardzo przenikliwego pytania, jakie zadała mi moja córka, kiedy miała 11 lat. Moja żona, która jest aktorką pracowała gdzieś daleko na planie. Byłem więc sam z córką, przygotowywałem kolację. Milly odrabiała lekcje przy kuchennym stole. Leżał na nim ostatni numer „National Geographic”, który czytałem wcześniej. Magazyn był otwarty na wielkich zdjęciach brazylijskich lasów deszczowych. To było takie zestawienie „Przed” i „Po”. Fotografia pięknego, pełnego życia lasu oraz druga, pokazująca skutki wycinki drzew - po prostu wielka połać gołej ziemi. Setki kilometrów kwadratowych wyciętego lasu. Milly patrzyła na te zdjęcia. Widziałem, że bardzo ją poruszyły; że myśli o tym bardzo intensywnie. W końcu zapytała: „Jak już wytniemy wszystkie drzewa, to gdzie ptaki pozakładają swoje gniazda?”. Pomyślałem, że to jest znakomite pytanie. Powiedziałem jej to, ale dodałem, że nie znam niestety odpowiedzi. Powiedziałem też, że musimy stać się częścią tego ruchu, który nie chce do tego dopuścić.

Zawsze interesowały mnie kwestie środowiska naturalnego i ekologii. Starałem się zdobyć swoją wiedzę o siedliskach zwierząt i o tym, jak działalność człowieka wpływa na nie. Ale wciąż nie umiałem odpowiedzieć na pytanie mojej córki. Szukałem więc dalej, czytałem o kolejnych przypadkach właściwie całkowitego zniszczenia środowisk dla wielu gatunków. Dotarłem do naprawdę przerażających statystyk. Na stronie internetowej WWF znajduje się tzw. Living Planet Index. Według tego wskaźnika między 1970 a 2007 rokiem, a więc na przestrzeni 37 lat, zniknęło 30% świata zwierząt. I to wszystko wynika z działalności człowieka. Zatem odpowiadając na pani pytanie, jestem istotą ludzką i to obdarzoną uczuciami, mam córkę, na której przyszłości mi zależy, a nawet na przyszłości całego jej pokolenia, ale jednocześnie coraz bardziej pojmuję, że jeśli nie zaopiekujemy się bardziej stworzeniami, z którymi dzielimy tę planetę oraz ich siedliskami, środowiskami, kryjówkami, to znajdziemy się w końcu w poważnym kłopocie. Myślę, że Matka Natura będzie w końcu chciała postawić nam granicę i przywrócić równowagę. A jeśli staniemy się dla Ziemi tak wielkim zagrożeniem, i tu już oczywiście puszczam wodze fantazji, to nie będzie innego wyjścia, niż przywrócić ten balans. Musimy zatem działać szybko, zmierzyć się z tymi problemami. Wychodzi na to, że jesteśmy naprawdę groźnymi stworzeniami. Moim zdaniem musimy dalej ewoluować. Choć moja powieść jest o wojnie i to wojnie, która momentami jest naprawdę straszna, to koniec końców jest też o nadziei. Moja młoda bohaterka Drew oraz jej pokolenie, ma szansę wszystko zmienić, odwrócić tę sytuację, naprawić zniszczenia.

Mówi Pan o przyszłości, ale pomówmy o teraźniejszości. Jak to jest teraz z tą naszą świadomością społeczną w kwestii środowiska naturalnego i zwierząt? Z jednej strony na uniwersytetach furorę robią studia i badania z zakresu tzw. animal studies, z drugiej strony np. w Wielkiej Brytanii, toczy się polityczna debata na temat tego, czy zwierzęta mają uczucia.

To, o czym Pani mówi, czyli pomysł na usunięcie praw zwierząt z brytyjskich ustaw, to jest absurd. Wszyscy wiemy, że zwierzęta mają uczucia. Każdy, kto ma kota, czy psa to potwierdzi. Wiemy doskonale, kiedy czują ból, wiemy, kiedy im jest źle. Nie mogę uwierzyć w to, że rząd naprawdę chce się nad tym zastanawiać. Jestem przekonany, że chodzi tu po prostu o pieniądze. Sądzę, że skorzystać na tym chce przede wszystkim branża rolnicza.

Jeśli nie wiadomo o co chodzi, chodzi o pieniądze?

Zgadzam się. Ale to nie może usprawiedliwiać forsowanie ustawowo nonsensu. Pisząc książkę czytałem o różnych gatunkach zwierząt. Słonie przeżywają żałobę po stracie bliskich. I to czasem przez całe lata. Znane są cmentarzyska słoni, na które pozostałe osobniki przychodzą, niejako odwiedzić kości swoich bliskich. Przecież to są właśnie emocje, to są uczucia.

Jeśli chodzi o moją książkę, to oczywiście przede wszystkim chodziło mi o napisanie wciągającej, ciekawej historii, ale jest też tu podskórny przekaz, że każde stworzenie na Ziemi ma jakąś formę uczuć albo przywiązania do swojego gatunku. Zwierzęta są świadome tego, czym są. Myślę, że w pewnym sensie toczy się już swego rodzaju walka. Musimy jednak unikać za wszelką cenę „bitew”. Potrzeba nam za to naprawdę inteligentnego myślenia. Dużo mądrzejszego niż to prezentowane przez obecny brytyjski rząd. Jeśli będę miał taką możliwość, zagłosuję przeciw temu.

Przypomniałem sobie właśnie teraz książki znakomitego polskiego pisarza - Stanisława Lema. On często pisał o dystopijnych światach, w których niemożliwe jest porozumienie się głęboko obcych sobie istot. I choć Lem pisał o robotach, maszynach czy kosmitach, to w moim przypadku chodzi dokładnie o to samo - brak możliwości porozumienia się ludzi i zwierząt. Człowiek i płetwal błękitny to bardzo od siebie różne gatunki. Nie ma chyba bardziej odległych od siebie ssaków. Nic dziwnego, że nie możemy się z nimi komunikować. Ale jednocześnie wiemy już, że to wyjątkowo inteligentne zwierzęta. Mają swoje więzy rodzinne, swoje hierarchie. Jestem zdumiony, że wciąż jesteśmy zbyt ograniczeni, żeby to uszanować.

Dlatego napisałem powieść dla rówieśników Milly, chciałem żeby się nauczyli inaczej myśleć. Marnujemy tyle czasu i pieniędzy na toczenie wojen, szkoda, że nie przeznaczamy tych środków na lepsze zrozumienie naszej planety. Przecież wciąż jeszcze nawet nie znamy wszystkich gatunków zamieszkujących Ziemię. Nieznane zwierzęta żyją wciąż w głębi lasów deszczowych albo na dnie oceanów. Wielu z nich nikt jeszcze nie napotkał. Wiele wynalazków pochodzi z obserwacji świata zwierząt, nawet niektóre leki zawdzięczamy zwierzętom. Niszczymy więc coś, co mogłoby się tak naprawdę ludzkości przysłużyć. Musimy sobie nasze postępowanie dobrze przemyśleć. Musimy się też mocniej zaangażować. Na szczęście nie brakuje cudownych ludzi, którzy pomagają naturze. Niestety często ludzie tacy jak ja przegrywają z biznesowym podejściem do świata. Ale to nie znaczy, że powinniśmy przestać walczyć o środowisko. Wy Polacy dobrze wiecie, że walka do końca i niepoddawanie się przynoszą zwycięstwo. Musimy przywrócić Ziemi równowagę. Mamy tylko jedną planetę. Musimy sprawić, aby dzieci naszych dzieci też mogły mieć przywilej mieszkania na tej pięknej planecie.

Czy dobra powieść dla młodzieży zawsze powinna mieć jakiś przekaz?

Niekoniecznie. Powinno być też miejsce na czystą rozrywkę. W moim przypadku jednak historie rosną z czegoś małego. Tak jak „Dzikie królestwo” wykiełkowało z jednej myśli, która nie tylko poruszyła moje emocje, ale także kryło się w niej jakieś głębsze przemyślenie. Dla mnie byłoby nie fair, gdybym nie podzielił się tym, co pojawiło się w moim sercu po tym, jak córka zadała mi tamto pytanie. Dla kogoś, kto z zawodu jest pisarzem, nie ma innej możliwości podzielenia się tym niż stworzenie jakiejś historii. Wydaje mi się, że takie historie lepiej rezonują, że w taki sposób można powiedzieć coś ważnego na temat naszej planety, na temat konieczności przetwarzania odpadów. Jeśli przywiąże się do czegoś emocje, jeśli opowie się to poprzez bohaterów, w których można uwierzyć i którymi zaczniemy się przejmować, to ten efekt będzie o wiele potężniejszy. Myślę, że ludzie opowiadają sobie historie od samego początku naszego istnienia. Jaskiniowcy rozmawiali siedząc przy ognisku, malowali opowieści na ścianach jaskiń. Jesteśmy gawędziarskim gatunkiem. Relacji społecznych uczyliśmy się właśnie przez opowieści.

Przypomniała mi się właśnie pewna historia, która tłumaczy moim zdaniem to gdzie się właśnie znajdujemy. Proszę sobie wyobrazić plażę pełną rozgwiazd. Morze zaczyna się cofać i je odsłania. Zachodzi słońce, robi się całkiem ciemno. Na plaży jest pewien starzec, który to widzi. Jest też chłopiec, który podnosi jedną rozgwiazdę i wrzuca z powrotem do morza. A potem kolejną i kolejną. Starzec mówi: „To nie rozwiąże problemu”. Na co chłopiec odpowiada: „To pomoże tej rozgwieździe. I tej. I tamtej”.

Potrzeba nam więcej takich chłopców?

Zdecydowanie (śmiech). I jeśli moja powieść sprawi, że choć jeden chłopiec, albo jedna dziewczynka też zaczną ratować te rozgwiazdy, to jest już coś.

Pana przesłanie brzmi: „Zastanówmy się i zróbmy co się da?

Tak, podejmijmy odpowiedzialność za to jakimi jesteśmy zarządcami planety, którą nam podarowano. Jest jest w tej powieści przesłanie, to brzmi ono właśnie tak. I jeszcze - „Zawsze jest nadzieja”. Jakkolwiek źle by nie było. A w mojej powieści robi się naprawdę źle. Ale jeśli jest nadzieja, to zawsze znajdzie się jakieś wyjście z tej złej sytuacji. Myślę, że Polacy rozumieją to lepiej niż kto inny na świecie. Druga część mojej powieści ciągnie tę myśl jeszcze dalej. Książka ukaże się w przyszłym roku.

Czy Pana córka Milly rozpoznała się w postaci Drew? Jak na to zareagowała?

Tak, rozpoznała się. Rozpoznała też postać, którą wzorowałem na sobie. Ale oczywiście te postacie są zmyślone. Wziąłem tylko trochę cech członków naszej rodziny, a resztę po prostu zmyśliłem. Kot należący do Drew jest już całkowicie zmyślony. Powieść wzruszyła moją córkę, przy niektórych fragmentach nawet płakała.

Mamy z córką silną więź. Ja wychowywałem się tylko z ojcem. Nie znałem swojej matki. Dlatego bycie ojcem jest dla mnie takie ważne. Moja żona jest świetną matką, ale pracuje jako aktorka. Dużo musi być na planie zdjęciowym. Podróżuje po całym świecie. Ja natomiast pracuję w domu. Jestem z córką cały czas. To sprawiło, że wytworzyła się między nami specjalna więź. Bardzo dużo zajmowałem się Milly, kiedy była bardzo małym dzieckiem, a nawet niemowlęciem. To wytwarza bardzo silną relację. No i to ja zwykle jestem w kuchni. Umiem dobrze gotować i zwykle to ja robię posiłki dla całej rodziny. Jesteśmy z Milly bardzo blisko. Jej zdanie bardzo się dla mnie liczy. To ona pierwsza czytała moją powieść. Gdyby ją skrytykowała, to byłbym bardzo smutny. Na pewno wtedy nie zdecydowałbym się jej opublikować (śmiech). Na szczęście Milly bardzo się podobało. Powstał nawet problem. Widziałem jak się kiedyś wieczorem zaczytała, a rano musiała iść do szkoły. I nie wiedziałem czy jako pisarz pozwolić jej czytać, czy jako ojciec posłać ją do łóżka (śmiech). Udało mi się dzięki tej powieści zmienić myślenie mojej córki. Udało mi się zmienić myślenie jej przyjaciół. Wiem, że udało mi się zasiać w nich jakieś ziarno świadomości społecznej. Moja córka jest dziś dorosłą kobietą. Pracuje jako nauczycielka i wiem, że często mówi uczniom o konieczności dbania o planetę. Jestem z niej bardzo dumny.

Wiem też, że książka trafia nie tylko do dzieci, ale także dla dorosłych. Na spotkaniach autorskich mam wiele pozytywnych reakcji od młodych rodziców, którzy przeczytali moją książkę, a potem polecili ją swoim bezdzietnym znajomym. Ukazała się tez w Brazylii. I tam, w ojczyźnie lasów deszczowych, została bardzo dobrze przyjęta. Cieszy mnie to. Cieszą mnie też reakcje młodych czytelników. Oni nie są sztucznie kurtuazyjni. Mówią wprost co im się podoba. Są szczerzy w swoich sądach i opiniach.

Podobno stworzył Pan scenariusze lekcji na temat ekologii?

Tak, poprosiła mnie o to znajoma nauczycielka. Powstał taki interdyscyplinarny scenariusz warsztatów. Jest trochę o ekologii i środowisku naturalnym, trochę o geografii, trochę nauki języka angielskiego, trochę o zwierzętach i ich środowiskach. No i dużo wyobraźni, bo dzieci w ramach tych zajęć wymyślają też własne zwierzęta, które mogłyby się przystosować do zmieniających się warunków. Chciałem przez ten scenariusz zwrócić uwagę dzieci na to, że zwierzęta są wkoło nas. Wszędzie. Także w centrach dużych miast. Żyją dookoła, ale przestaliśmy je często nawet zauważać.

Na razie zwierzęta są dla nas ludzi cierpliwe. Wciąż pozwalają nam robić co chcemy. Zbuntują się w końcu? Kiedy skończy im się cierpliwość?

Zwierzęta dostosowują się do warunków, jakie im stworzyliśmy. Ale z drugiej strony, są też pewne sygnały, że przestają to robić. Trafiłem na ten wątek w artykule „New York Times'a” - afrykańskie słonie atakowały ludzkie budowle. Takie przypadki notowano już w historii. Zdarzało się tak w sytuacjach, gdy ludzie budowali coś na terenach ważnych dla słoni. Na przykład w miejscach, gdzie żerowały albo przy wodopojach, albo na ich cmentarzyskach. Ale to, co zaobserwowano nowego to fakt, że słonie zaczęły atakować w grupach. To były skoordynowane ataki. Dochodziło do nich w wioskach oddalonych od siebie o wiele kilometrów. To wymagało od nich komunikowania się. Wiemy o tym, że słonie komunikują się wydając dźwięki. Ale okazuje się, że komunikują się także za pomocą swoich stóp. Tupiąc wywołują odpowiednie drgania, które inne osobniki potrafią „usłyszeć”. Pojawiła się teza, że te symultaniczne ataki na różne wioski były koordynowane właśnie za pomocą takich drgań. Można więc powiedzieć, że słoniom cierpliwość już się skończyła. A ja jako pisarz stawiam po prostu pytanie: „A co by było gdyby?”. Ja pomyślałem o tym, co by było gdyby chodziło nie tylko o słonie. Co by było, gdyby zwierzęta nauczyły się komunikować ze sobą także międzygatunkowo? A my ludzie nie umielibyśmy wciąż się z nimi porozumieć. W mojej powieści pojawia się jednak pewien łącznik między światem ludzi, a królestwem zwierząt.

Wierzę, że my ludzie jesteśmy na tyle mądrzy, aby w porę zająć się naszym środowiskiem i zwierzętami. Wierzę w to, ale to nie znaczy, że tak się rzeczywiście stanie. Moja książka skupia się na zwierzętach, ale przecież Natura to nie tylko zwierzęta. To coś więcej. Matka Natura ma więcej możliwości, aby przemówić ludziom do rozumu (śmiech). Co będzie, gdy uzna, że jesteśmy dla niej zagrożeniem? To oczywiście tylko taka metafora, ale naprawdę sami możemy sobie zgotować wielkie niebezpieczeństwo. Natura dąży zawsze do równowagi, a my tę równowagę zaburzamy. Istnieje przecież tzw. Hipoteza Gai, która mówi, że wszystkie organizmy na świecie dążą do zachowania jak najlepszych warunków do życia, że Ziemia sama się uzdrawia. A my zerwaliśmy tę niepisaną umowę.

Może Natura już zaczęła robić z nami porządek? Przecież pojawiają się ciągle nowe wirusy albo chorobotwórcze bakterie.

Hmmm.... To przerażające. Może rzeczywiście to wszystko już się dzieje...


Simon David Eden "Dzikie królestwo" przeł. Iga Noszczyk, Znak Emotikon

Książkę polecamy nastolatkom i dorosłym, którzy lubią fantazy 🐾🐾🐾